I już jest!

27.02.2017

Luty, luty! Koniec lutego i koniec czekania! Nowa notka, ślicznie napisana, dla mnie bombowa (Ruda), lekka i przyjemna.
Zapraszamy do lektury! :)

Amanda i Ruda :*

poniedziałek, 27 lutego 2017

Rozdział 65

Poruszali się ostrożnie po oblodzonej ścieżce, pochylając głowy i przytrzymując, co chwilę siebie nawzajem, aby uniknąć upadku.
Nie spieszyli się, dzień był jeszcze młody, w Pubie u Brada zapewne nie było jeszcze żywej duszy. Cała elita z Doliny Godryka zbierała się tam dopiero po zmroku. Jednak przed pogrążeniem się w pijackim amoku, obaj mieli jeszcze coś do załatwienia – niecierpiące zwłoki spotkania.
- Jest tylko jedno ogromne ALE stary. – Syriusz narzucił na głowę kaptur kurtki, bo mróz, jaki odmrażał mu uszy był nie do zniesienia. – Co teraz będzie z Huncwotami? Jak zamierzasz pogodzić nasze nocne eskapady, dokuczanie hogwartczykom i narzeczeństwo z Rudą?
- To pytanie, mój drogi przyjacielu, zadaję sobie odkąd się w niej zakochałem. Jak mój wątły organizm wytrzyma taką rozbieżność natury rozrabiaki i miłości do kobiety.
Roześmiali się obaj, balansując na śliskiej ścieżce. Idąc główną arterią Doliny Godryka, machali do starych znajomych i kiwali głowami do sąsiadów. Syriusz spoważniał, niby wszystko było jak dawniej, znów przemierzali znane uliczki, spotykali tych samych ludzi, zamierzali się urżnąć jak zwykle w święta. Jednak Black wiedział, ze od teraz nic już nie będzie takie jak dawniej. Jego przyjaciel zamierzał się ożenić!
- Ja pytam całkiem poważnie James. Możemy się śmiać, ale doskonale wiem, że przez ostatnie miesiące bardzo się zmieniłeś. Nie jesteś już tym samym Rogaczem, który miał w dupie system i nie znał granic. Teraz, chodzisz jak we śnie, kurwa James! Zacząłeś nawet wiązać ten pieprzony krawat w Hogwarcie! I jeszcze te listy do Raven. Wysłałeś ich z tysiąc. Przez całe siedem lat tyle do niej nie pisałeś, co teraz.  – Syriusz przystanął na środku alejki i zatrzymał Jamesa dłonią. Potter westchnął zrezygnowany.
- Syriusz, a jaki mam być? Zaraz kończymy Hogwart, czas wydorośleć bracie.
- Bo, co? Bo Lily wydoroślała wcześniej od ciebie?! – Syriusz zrobił naburmuszoną minę.
- Doskonale wiesz, że Lily jest dla mnie całym światem. Gdybym się jej teraz nie oświadczył, to z jej ambicjami zaraz po skończeniu szkoły ruszyłaby gdzieś w świat, a jeśli wciąż będę zachowywał się jak gówniarz, zostawi mnie jeszcze wcześniej. Mając do wyboru hulanie do końca szkoły a zatrzymanie jej przy sobie, wybrałem oczywiste. Co mam ci powiedzieć więcej?
- I o tym wszystkim tak intensywnie opowiadałeś w listach do Raven?
- Mniej więcej. Potrzebowałem wskazówek…
Syriusz westchnął głęboko, stare demony wciąż nie dawały Jamesowi spokoju. Pomimo tego, ze miał przy sobie wspaniałą dziewczynę, czuł się w związku, jak dziecko we mgle. Przerażony myślą, ze może stracić swoją największą miłość.
- James, do cholery! To było dawno temu, jesteś dorosłym facetem, a potrzebujesz porad przyjaciółki, jak postępować z kobietami?! Proszę nie kompromituj się.
- Kurwa, to nie tak! – Warknął James – Nie chcę znów przez to przechodzić. Wiesz, że wtedy wyrwali mi serce. Ta Ch..Chorwacja to była najgorsza rzecz w życiu, jaka mnie spotkała, a mojej miłości do Lily nawet nie da się porównać do tego, co czułem wtedy…. Myśl o tym, że ona…, że Lily… - James zazgrzytał zębami i zacisnął dłonie w pięści.
- Jasne, rozumiem cię, stary! Dobra, koniec tematu! – Syriusz uśmiechnął się przyjaźnie i poklepał Jamesa po plecach. Kochana Raven pełniła funkcje terapeuty, stąd się brały te listy. – Jesteś moim najlepszym przyjacielem i choć może tego po mnie nie widać, to martwię się o ciebie. Mam taki plan: Ty leć do Raven i zamelduj, że wróciłeś, a ja skoczę na szybkie, co nieco do Katie, bo obiecałem jej, że dziś wpadnę. Za pół godziny spotykamy się u Brada.
- Przekonałeś mnie! – James uśmiechnął się i ruszył w kierunku domu Raven. Spojrzał przez ramię, by zobaczyć plecy Syriusza znikające w jednej z alejek. Nie dał tego po sobie poznać, aby nie wyjść na mięczaka, ale słowa Łapy bardzo go wzruszyły. Pomyślał sobie, że to cudownie mieć takiego kumpla – kretyna, który najpierw będzie się z ciebie nabijał, gdy upadniesz, ale po chwili wyciągnie rękę żeby cię podnieść. Odetchnął głęboko, wciągając w płuca mroźne, grudniowe powietrze i ruszył przed siebie.
Z daleka zobaczył dom państwa Sunshine. Na pierwszym piętrze, na parapecie ujrzał Raven pogrążoną w lekturze – zapewne jakiegoś mugolskiego romansidła. W oknach poniżej widział jak Jasmine krząta się w kuchni. Przekroczył furtkę, podszedł do wielkich drzwi z mosiężną kołatką i zastukał w nie. Po chwili otworzyła mu pani domu.
- James!- Jasmine szeroko otworzyła drzwi i przyjaźnie uściskała chłopaka - Nie wiedziałam, że już wróciłeś! Raven nic nie mówiła. – Kobieta nieco posmutniała - Zresztą od jakiegoś czasu w ogóle mało mówi. Siedzi tylko w swoim pokoju, jakaś taka przygaszona.
- Witaj ciociu. Raven też nic nie wie. Przyjechaliśmy dopiero dzisiaj. I nie martw się tak, zaraz zbadam sytuację.
- Chcesz herbaty, nim wsiąkniesz u Raven? – Uśmiechnęła się przyjaźnie kobieta.
- Nie dziękuję, dziś się spieszę.
Wbiegał na górę po dwa stopnie. Słowa ciotki nie tyle go wystraszyły, co zaskoczyły. Z ostatnich listów Raven nie wynikało nic, co mogłoby świadczyć, że wydarzyło się coś złego. Syriusz też o niczym takim nie mówił, a przecież widywał się z Raven codziennie. Jednak przygaszona i mało mówiąca Raven to nie była normalka. Musiał się dowiedzieć, co jest nie tak. Nie wiedział czy sytuacja nie wymaga natychmiastowej reakcji i dłuższej posiadówki. Do pokoju Raven wszedł bez pukania, przede wszystkim, żeby sprawdzić, czy drzwi nie są zamknięte.
- Cześć. Co się dzieje? – Uśmiechnął się widząc, jak przerażona dziewczyna podskakuje na parapecie.
- Och, cześć! – Chwyciła się za serce a następnie podbiegła i rzuciła się w ramiona Jamesa. – Kiedy wróciłeś? Jak dobrze, cię widzieć…
- Tak, tak, Słonko. Przestań pieprzyć i mów, co jest grane.
- Rozmawiałeś z matką? Daj spokój James, mama jak zwykle wyolbrzymia. Nie jestem aż taka głupia, żeby o ważnych rzeczach do ciebie nie napisać.
- Mam taką nadzieję.
- A ty? Tak nagle zamilkłeś, przestałeś pisać… Czyżbym nie była ci już potrzebna? – Raven wydęła wargi, jak małe, obrażone dziecko.
- Och… Jakże bym śmiał zapomnieć o księżnej Ravennie z Godryka! Mam wspaniałe nowiny i przynoszę ci je osobiście! – Rozpromienił się i uspokoił, widząc, że Raven czuje się dobrze. – Lily przyjęła moje oświadczyny! Zgodziła się zostać moją żoną!
- Cieszę się, to wspaniała wiadomość. – Raven uśmiechnęła się blado.
James spodziewał się po przyjaciółce większego entuzjazmu. A więc jednak nie wszystko było tak w porządku, jak próbowała go przekonać.
- No dobra, dosyć tego! Aż tak mnie miłość nie zaślepiła. Gadaj wstrętna cholero, o co chodzi. – Wziął ją za rękę i zaprowadził na miękką sofę w kącie pokoju.
- Rozstałam się z Chrisem. – Powiedziała jednym tchem, zapatrzona na własne dłonie.
- Tak, pamiętam, pisałaś mi o tym w liście, jednak wydaje mi się, ze to wcale nie jest powód twojego parszywego nastroju.
- To skomplikowane… - przygryzła wargę i wahała się, od czego zacząć.
- Wal śmiało, spróbuję się nie pogubić.
- Pamiętasz, jak w wakacje mówiłam Ci, że Chris zaprzyjaźnił się z Markiem? – Tą podłą gnidą? Zbagatelizowałeś to wówczas, więc już nie ciągnęłam tematu. Po Twoim wyjeździe wybraliśmy się z całą paczką nad jezioro. Razem z siostrą Chrisa, Mirandą poszłyśmy na spacer. Gdy wracałyśmy usłyszałam jak Chris i Mark rozmawiają o tobie i Lily, coś ich bardzo śmieszyło, jednak, gdy podeszłam bliżej, szybko zmienili temat.
 - Zaraz, skąd oni wiedzą o Lily?
- To ja powiedziałam Chrisowi, ze masz dziewczynę. Ufałam mu, był moim chłopakiem. Nie sądziłam, że ten dupek wszystko powtórzy Markowi. – Raven przepraszająco spojrzała na Jamesa.
- Ach daj spokój! To nic nie znaczy, że on o niej wie. Przecież i tak cały czas jesteśmy razem… no może nie teraz, bo idziemy z Syriuszem do Brada, ale Lily siedzi z moją matką, więc…
- Przywiozłeś ją tutaj?!? – Przerwała mu z niedowierzaniem w głosie. – To był bardzo zły pomysł.
- No, dobrze, to naprawdę musi być skomplikowane, bo się pogubiłem. Możesz jaśniej?
- Lily nie powinna pojawić się w Dolinie Godryka, nie wtedy, kiedy jest tutaj Mark! Doskonale wiesz, jaki on jest! Syriusz przy nim to mały Pikuś. Mark przystawiał się do mnie, do siostry Chrisa, nawet do Katie zanim zaczęła sypiać z Syriuszem…
- Dobrze wiem, jaki jest Mark, ale co to ma wspólnego z Lily? Kiedy była tu poprzednim razem, nie robiłaś takiej afery. Czego mi nie mówisz?
- Gdy żegnaliśmy się z Chrisem, trochę mu nerwy puściły i chlapnął o kilka słów za dużo. Dowiedziałam się wówczas, że Mark od dawna zastanawia się, jak się zemścić na tobie, za to jak go potraktowałeś, gdy wrócił z… tamtych wakacji.
- No jak go potraktowałem?! – Oburzył się James – Nawet go palcem nie tknąłem!
- Nie tknąłeś, ale cała Dolina Godryka usłyszała, co o nim myślisz. I przez to, co na niego nagadałeś, Mark bardzo długo nie był mile widziany u swoich starych znajomych, o dziewczynach nie wspomnę.
- No dobra trochę mnie zaintrygowałaś. Tylko wciąż nie rozumiem, do czego zmierzasz?
- Dalej nie czaisz!? Matko! Z naszej dwójki to ja mniej się znam na związkach, a ty nic nie kapujesz? Mark wymyślił, jak się na tobie zemścić! – Raven zobaczyła w oczach Jamesa panikę, co oznaczało, że docierał do niego sens jej słów. Odetchnęła głęboko i kontynuowała. – On chce ci ją odbić, rozumiesz? Ot, tak dla sportu, dla zabawy, żeby się zemścić za tamte wakacje.
- Chyba go pojebało! – Rogacz poderwał się z kanapy i zaczął krążyć po pokoju.
- Nigdy nie był normalny.
- To chyba ja mam tutaj więcej powodów do zemsty, nie sądzisz?
- Oczywiście, że tak, ale nie zapominaj, że ten frajer nie widzi niczego poza czubkiem własnego nosa i …
- Po moim trupie! – Warknął zataczając kolejny krąg po pokoju. – Lily jest moją narzeczoną. Pobierzemy się. Prędzej go zatłukę gołymi rękami nić pozwolę mu zbliżyć się do niej!
- Lily to mądra dziewczyna, która naprawdę cię kocha, Mark nie ma u niej szans, ale mimo wszystko trzymaj ją od niego z daleka, dobrze?
- Masz moje słowo! – James ochłonął nieco, podszedł do przyjaciółki i pocałował ją w czoło. – A Chris ma u mnie niezły wpierdol, za to, że cię zasmucił.
- Kiedy zobaczę pierścionek? – Zmieniła szybko temat, żeby rozładować napięcie.
- Jak wpadniesz do nas jutro, to będziesz ryczeć razem z Lily i Mary nad pierścionkiem. Ja tymczasem muszę spadać, bo Syriusz już dochodzi… - urwał w połowie zdania.
- Czyli poszedł do Katie na bzykanko. – Uśmiechnęła się szeroko.
- Tak. Może pójdziesz z nami do Brada? Będziemy oblewać zaręczyny.
- Nie dzięki, dziś wolę dokończyć książkę i butelkę wina, którą otworzyłam. Spodziewaj się mnie jutro. – Uścisnęła mocno Jamesa – I proszę cię, żebyś uważał na was!
- Będę na pewno. Do zobaczenia moja kochana, zasmarkana siostrzyczko! – Ucałował ją w czoło i opuścił pokój Raven.
*
Z gramofonu dochodziły ostatnie takty piosenki z ulubionej płyty Mary, gdy Lily spojrzała na zegarek stojący na kominku. Dochodziła jedenasta! Na zewnątrz temperatura spadła poniżej zera i zaczął sypać gęsty śnieg. Zdążyła przeczytać już dziewięć rozdziałów mało pasjonującej księgi o przygodach zbzikowanego czarodzieja, a James i Syriusz wciąż nie wracali.
Razem z Mary zjadła kolację, wypiły cały dzbanek herbaty i obejrzały całe mnóstwo zdjęć, oczekując na powrót tych dwóch Huncwotów. W końcu skończyły im się pomysły, więc słuchając muzyki oddały się swoim ulubionym rozrywkom.
- Mary? – Nie wytrzymała wreszcie Lily.
- Tak, Lily? – Kobieta przestała szydełkować piękną serwetkę.
- Zrobiło się późno, nie uważasz, że te dwa czubki powinny już wrócić? Może coś im się stało?
- Nie martw się, kochanie, poradzą sobie.
- Chyba jesteś przyzwyczajona do takich sytuacji.
- Zeszłego lata, potrafili zwiać z domu o północy, zęby iść na imprezę do znajomych dzieciaków z Doliny. Zaczniemy się martwić, gdy nie wrócą przed wschodem słońca. Ale dzisiaj to najchętniej bym ich zamordowała. Są święta! Nie widziałam ich od miesięcy, seniora nie ma, a te dwa czorty poszły zapewne się urżnąć do Brada, zamiast być tutaj z nami! Przepraszam cię skarbie, strasznie mi wstyd za Jamesa.
- To on powinien się wstydzić, a nie Ty, Mary. – Lily chwyciła kobietę za rękę, aby dodać jej otuchy.
- Jesteś pewnie wykończona, połóż się a ja zaczekam na nich, a gdy wrócą… - Mary gniewnie zamachała pięścią.
- Za bardzo się denerwuję, żeby zasnąć, a poza tym nie mogłabym sobie odpuścić widoku jak dajesz popalić tym dwóm łotrom. – Lily zaśmiała się głośno, a po chwili dołączyła do niej Mary.
*

Pub „U Brada” mieścił się na końcu brukowanej uliczki Magnoliowej w Dolinie Godryka. Był to niewielki drewniany domek pokryty strzechą i otoczony niskim murkiem z kamieni polnych. Mieszkańcy lubili odwiedzać to miejsce, zwłaszcza w mroźne wieczory. Zawsze można było napić się tutaj grzanego wina i pogawędzić z przyjaciółmi. Natomiast, gdy wieczór przemieniał się w noc, i starsi mieszkańcy Doliny wracali do swoich domów, na ich miejsce w Pubie pojawiali się „młodzi gniewni” – jak zwykł ich nazywać Brad. Rozmowy i śmiechy robiły się głośniejsze, a i procentów w trunkach było więcej.
Brad był miłym facetem po pięćdziesiątce, bardzo lubianym przez męską część mieszkańców Doliny Godryka i znienawidzonym przez płeć piękną. Żony, matki i siostry ciągle psioczyły na Brada, że rozpija ich mężczyzn w swojej „spelunie” i szerokim łukiem omijały jego drewniany domek. Brad nie przejmował się tym zbytnio, gdyż – jak na ironię, opinia „męskiej speluny” sprawiała, że jego zyski były dwukrotnie wyższe niż dawniej. W jego Pubie, każdy facet mógł się spokojnie upić i być pewien, że żadna kobieta nie wyciągnie go stąd robiąc wstyd przed kolegami.
Właśnie zbliżała się czwarta nad ranem, Brad wytarł ostatni stolik i postawił na nim krzesło, Pub opustoszał i czas było zamykać. Ziewnął potężnie i z niechęcią spojrzał na bar, przy którym wciąż siedzieli dwaj napici maruderzy. Bardzo lubił tych chłopców, latem i w czasie świąt często do niego zaglądali i zasilali jego kasę w spory zastrzyk gotówki.
Jako jeden z niewielu mugoli w Dolinie Godryka, znał tajemnicę tych nicponi – wiedział, że są czarodziejami. Niesamowicie go to fascynowało, kiedyś głośno by się śmiał z takiej wiadomości, ale teraz miał już świadomość, ze połowa rodzin w Dolinie Godryka to czarodzieje. Wiedział również, że to święta tajemnica, której nie wolno mu było zdradzić.
James i Syriusz, byli mu bardzo bliscy z jeszcze jednego powodu. Zawsze, gdy wracali ze szkoły, przywozili Bradowi prezent w postaci kilku butelek Ognistej Whisky – piekielnie mocnego trunku czarodziejów. Wypił z tymi chłopcami niejedną taką butelkę, śmiejąc się głośno z ich opowieści. Dlatego teraz, gdy na nich patrzył, szczególnie ciężko było mu podjąć decyzję o wykopaniu ich z Pubu, tym bardziej, że okazja również była szczególna! Młody Potter się zaręczył!
Jednak pomimo całej sympatii dla tych dwóch, nadszedł już moment, żeby odesłać ich do domu. Była czwarta, a Brad, był wykończony.
- No dobra chłopcy, spadajcie do domu, zamykam Pub. – Wszedł za bar i zabrał im butelkę whisky.
- A.. Ale, że jak zamykaszszsz? – Zapytał James.
- Jest już czwarta. Zostaliście tylko wy. – Odpowiedział Brad rozbawiony bełkotliwą mową Pottera.
- Szszszwarta? To jeszcze wsześnie… - Syriusz zmrużył oczy próbując skupić wzrok na barmanie.
- Czwarta nad ranem, barany! Wynocha, bo zaraz wyślę sowę do Mary, i przestaniecie tak rechotać. – Brad otworzył drzwi knajpy i gestem pokazał Huncwotom na wyjście.
- No… to jusz idziemy. Łapa do nogi! – Roześmiał się James i złapał Syriusza za rękaw wstając z krzesła.
Świat zawirował mu przed oczami i runął na ziemię ciągnąc za sobą Blacka. Leżeli tak, głośno rechotając, dopóki nie podszedł do nich Brad i pomógł im wstać. Chwiejąc się na boki dotarli jakoś do drzwi, zarzucili na plecy płaszcze i podtrzymując się wzajemnie ruszyli w drogę do domu.
- Dojdziecie sami, czy zorganizować wam pomoc? – Zaśmiał się barman widząc, ze nie idzie im najlepiej.
- Zięki, pszyjacielu, ale mamy blisssssss…Hik…ko. Damy rady. –Black uniósł rękę w pożegnalnym geście.
Oblodzona ścieżka nie ułatwiała Huncwotom powrotu do domu. Rozpaczliwie próbowali zachować równowagę przytrzymując się płotów i pobliskich latarni, jednak niewiele im to pomagało. Co chwilę lądowali na ziemi, boleśnie obijając sobie tyłki. Wreszcie, gdy dotarli do alejki, na której mieściła się posiadłość Potterów, poddali się i postanowili resztę drogi pokonać na czworaka. Po godzinie od wyjścia z Pubu dotarli w końcu pod dom. Syriusz podniósł się ostrożnie i pociągnął za klamkę.
- Zamkniente… nie wejdziemy – wyszeptał do Jamesa, który oparł się o ościeżnicę i ciężko oddychał z zamkniętymi oczami. – Masz klusz?
- Mam rószczke. – Dumny z siebie zaczął szamotać się z płaszczem. - OL.. ALCH… jak to idzie?
- Alchamora? – Podpowiedział Syriusz chichocząc.
James machnął różdżką i wybełkotał niezrozumiale zaklęcie. Jakież było zdziwienie Syriusza, gdy drzwi faktycznie się otworzyły. Nie było to jednak sprawką nadzwyczajnych zdolności magicznych Jamesa, w holu stały rozwścieczone Mary i Lily. James czknął cicho i z trudem próbował się przecisnąć między paniami.
- Co to ma być?! – Warknęła Mary, chwytając Rogacza za kołnierz.
- Nie krzysz tak, skarbie, bo mamę obudzisz. – Szepnął James zezując na swoją matkę.
Na te słowa Mary aż się zagotowała, wzięła głęboki wdech a następnie wymierzyła Jamesowi siarczysty policzek. Huk rozniósł się po całym domu.
- AUUUUA! Za co? – James zatoczył się i tracąc równowagę runął na podłogę.
Lily przeżyła ogromny szok. Jeszcze nigdy nie widziała Jamesa w takim stanie. W życiu nie sądziła, że można upić się tak bardzo, żeby własną matkę pomylić z narzeczoną. Ogarną nią gniew. Kiedy ona i Mary odchodziły od zmysłów zastanawiając się, czy nie stała im się krzywda, oni po prostu pili! Podeszła do Jamesa i z niebywałą siłą postawiła go do pionu. Tym razem ją rozpoznał, bo na jego ustach pojawił się kretyński, pijacki uśmiech.
- Sześć słonko tęskniłaś?
Zanim się odezwała, przyłożyła Jamesowi w drugi policzek, żeby zetrzeć mu z ust ten głupi uśmieszek.
- NA ŚWIECIE NIE MA WIĘKSZYCH IDIOTÓW OD WAS! ODCHODZIŁYŚMY OD ZMYSŁÓW, A WY WRACACIE NAWALENI JAK BOMBOWCE! – Wrzasnęła Lily tracąc nad sobą panowanie.
- Uuuu Rudzieles się cissska, jakby się wściekł. – Wybełkotał Syriusz. Nie zdążył nawet zaśmiać się z własnego żartu, bo potężny cios sprawił, ze wylądował na ścianie obok Jamesa. – Spokojnie, Lily, zajmę się nimi. – Mary Potter poklepała uspokajająco Rudą po ramieniu i stanęła naprzeciwko chłopców. Odchrząknęła cicho i rozkręciła się na całego.
- JEST PIĄTA NAD RANEM! PIĄTA CHOLERNE MOCZYMORDY, A WY DOPIERO WRACACIE DO DOMU! WYGLĄDACIE JAK DWA WYMIĘTE SZMATŁAWCE! WSTYD MI ZA WAS!
- Świętowaliśmy. – James skrzywił się, bo w uszach mu dzwoniło od wrzasków matki. – Sieszyliśmy się z mojego szszęścia! Oblewaliśmy zaręszyny!
- I jesteśmy Sali i zdrowi, nawet! – Dołączył się Syriusz.
- MILCZEĆ! – Warknęła Mary – JAK ŚMIECIE W OGÓLE SIĘ ODZYWAĆ! PRECZ MI STĄD, BO WAM GĘBY POOBIJAM! – Mary pokazała palcem na schody.
- Aleszszsz Mary… - Syriusz spojrzał na kobietę, jednak jedyne, co zyskał to siarczysty policzek.
- WYNOCHA NA GÓRĘ, ZANIM SIĘ ROZMYŚLĘ I WYWALĘ WAS Z DOMU NA ZBITY PYSK!
Z takimi argumentami lepiej już było nie dyskutować. James i Syriusz podtrzymując się wzajemnie, zaczęli powoli wspinać się po schodach.
Mary i Lily obserwowały ich w milczeniu, a gdy drzwi sypialni się zamknęły, weszły razem do kuchni.
- Oblewali zaręczyny… Cholera jasna OBLEWALI ZARĘCZYNY! – Lily opadła na krzesło z niedowierzaniem. – Przepraszam Cię Mary, jakbym wiedziała, że tak będzie, to bym Jamesa dłużej w niepewności potrzymała.
- To ja Cię przepraszam kochana. Ja mu takie imprezowanie wybiję z głowy! Dwa imbecyle!
Nie miały zamiaru kłaść się do snu. Obie były zbyt rozbudzone pojawieniem się Syriusza i Jamesa. Jeszcze długi czas rozmawiały o niezbyt chlubnym wyczynie obu panów, stwierdzając jednoznacznie, że bezpieczniej dla nich byłoby gdyby wrócili po wytrzeźwieniu, albo, chociaż o przyzwoitej godzinie. Mary i Lily zaparzyły kawę i w napiętej atmosferze czekały na pobudkę „śpiących królewiczów”, aby móc kontynuować suszenie im głów o ten nocny wybryk.

***

Wlewające się do pokoju światło słoneczne było jak tysiące mieczy dla jego oczu, przeklinał w duchu osobę, która nie zasłoniła okien. Słyszał jak jego serdeczny, właśnie zaręczony przyjaciel wyrzuca z siebie resztki alkoholu z minionej nocy. Z jękiem zwlókł się z łóżka i przetarł dłońmi zaspaną twarz. Czuł się jakby przebiegło po nim stado dzikich zwierząt. Oddałby wszystko za jedną tabletkę Alka-Seltzer, mugolskiego specyfiku na kaca. Zostawił Jamesa w objęciach porcelanowego sedesu i powoli zszedł do kuchni. O mało nie dostał zawału, gdy od progu naskoczyła na niego rozwścieczona Mary.
- Gdzie James?! – Warknęła, zapominając najwyraźniej o swoim standardowym powitaniu „ile zjesz naleśników, Złotko”.
- Modli się nad kiblem. – Wychrypiał przytrzymując się futryny.
- Wynocha, zatem! Nie wracaj tu bez niego! Masz równo trzy minuty i ani chwili dłużej!
Lily zagryzła zęby i trzymała się kurczowo stołu, resztkami się powstrzymując się od wybuchu. Miała wielką ochotę wstać i nakopać Syriuszowi w jego skacowany tyłek. Stwierdziła jednak, ze Mary doskonale sobie radzi, więc w milczeniu obserwowała rozwój wypadków.
Po ciągnących się w nieskończoność dziesięciu minutach, w progu kuchni pojawili się wreszcie obaj Huncwoci. Syriusz zdecydowanie lepiej trzymał się na nogach, więc służył podparciem dla zielonego na twarzy Jamesa, którego rozbiegany wzrok świadczył o tym, że jeszcze nie do końca wytrzeźwiał.
- Czy mogę dostać szklankę wody? – Zapytał szeptem.
- Szklankę wody?! A może jeszcze jednego drinka, co synu? Och gdzież tam drinka! Od razu całą butelkę!!! – Kpiła rozwścieczona Mary. – Sam sobie weź moczymordo, jeśli jesteś w stanie dojść do zlewu!!! – Podeszła bliżej chłopców i zaczęła groźnie wymachiwać pięścią przed ich nosami. – Jak wam nie wstyd, cholerne pijaki!!! Kto to widział, żeby tak się spić… A TY!!! – Dźgnęła Jamesa w pierś – Nie tak cię wychowałam! Przyjeżdżasz z narzeczoną i porzucasz ją na całą noc, żeby chlać w jakiejś spelunie…
- Mamo, czy możemy to przełożyć na inny termin? Strasznie się czuję – James zbladł jeszcze bardziej i zgiął się w pół.
- Niczego nie będziemy przekładać! Zachowaliście się karygodnie, bezmózgie gumochłony! Banda szmalcowników jak idzie na akcje to wysyła sowy swoim matkom, a wy, co?! Znikacie z domu w południe i wracacie nad ranem! Schlani jak dzikie świnie! – Rozkręciła się jak potężne tornado. – Odchodziłyśmy z Lily od zmysłów zastanawiając się, co…
- Niedobrze mi! – James przerwał monolog matki i wy biegł z kuchni prosto do toalety. Syriusz korzystając z okazji chciał wymknąć się po cichu z pomieszczenia, ale zamiast tego zahaczył stopą o stojak na parasole i narobił hałasu.
- Stój gdzie stoisz, Black! – Warknęła Lily.
Nawet nie próbował protestować. Skulił się w sobie i czekał aż wybije ostatnia minuta jego życia. Wciąż kręciło mu się w głowie przez krzyki Mary. Czuł jak pulsujący ból rozsadza mu czaszkę. Całkowicie opadł z sił, więc osunął się po ścianie na podłogę i ukrył głowę między kolanami.
Po kolejnych dłużących się minutach usłyszeli w końcu szum spuszczanej wody. Chwilę później w kuchni pojawił się James nieco mniej zielony.
- Nie wiem czy po ziemi chodzą większe miernoty od Was dwóch! – Kontynuowała Mary. – Dwa oszołomy, z których sama jednego urodziłam! Nie wiem, na Merlina, za jakie grzechy takich dwóch imbecyli znalazło się pod moim dachem! Najchętniej sprałabym was obu. Marsz na górę i nie wychodźcie stamtąd, dopóki nie przemyślicie swojego kretyńskiego zachowania! I zapowiadam wam, ze nawet szwadron dementorów wam nie pomoże, jeśli jeszcze raz pójdziecie do tego baru!!! WYNOCHA!
Chłopcy zawlekli się na górę, stękając pokonywali kolejne stopnie schodów. Nie tłumaczyli się, bo tylko pogorszyliby swoją sytuację. Z łoskotem wgramolili się na łóżka w pokoju Jamesa.
- Zaraz zwymiotuję. – James zakrył dłonią usta.
- Nic nie mów, stary. – Wysapał Syriusz. – Oddychaj głęboko, pamiętasz, co nam zawsze Remus powtarza: Powietrze jest tu waszym sprzymierzeńcem. Powietrze i woda. Strasznie mnie uszy!
- Jak ci mało powietrza i wody ci się zachciewa, to możesz skoczyć na dół, Mary pewnie chętnie ci nawet herbaty zaparzy. – James z uśmiechem zagadnął do Syriusza.
- Głowa mi pęka, a ty mi z takimi propozycjami! Chociaż, z drugiej strony, jak takim zacnym tekstem rzucasz, to znak, że już za parę godzin wrócimy do żywych. – Syriusz usiadł na parapecie i przyłożył czoło do zimnej szyby. – Swoją drogą, zajebiście się wkurwiły.
- I to obie! Widziałeś, jaka Lily była czerwona? Chyba się obraziła.
- Módl się lepiej, żeby nie zaczęła wyciągać tych swoich debilnych wniosków, bo cię zostawi przez twoje nadmierne pijaństwo!
- Nawet mi tak nie mów! – James z wrażenia zakrył twarz rękoma.
- To jak chcesz to odkręcić mój słodki Romeo? – Syriusz wysłał Jamesowi całusa.
- W tym momencie mam to gdzieś. Będę się martwił jak wytrzeźwieję. A tymczasem muszę iść do kibla…
*
Właśnie przeglądała kolejne strony magazynu „Jesteś czarownicująca” siedząc na miękkiej kanapie w salonie Potterów. Od rana chodziła jak nakręcona odliczając minuty do awantury z Jamesem. Frustrował ją fakt, że ani James ani Syriusz nie zeszli nawet na obiad. Wyjrzała przez okno na ulicę. Za oknem panował mrok, a do wnętrza wpadał tylko nikły blask latarni ulicznych. Z nieba lekko spadały różnokształtne płatki śniegu, słychać było też szczekanie psa sąsiadów. Atmosfera błogości i ciepła zmorzyła Mary jednak Lily, wiedziona niewypowiedzianą złością nawet nie pomyślałaby o zmrużeniu oka.
Usłyszała skrzypienie schodów. Niezależnie od tego, jaką durną łepetynę zobaczyłaby nie miała ochoty na wdawanie się w dyskusję. Wzięła, więc głęboki oddech, by nie rozpoczynać zbędnej awantury.
- Gdzie matka? – Zapytał James ochrypłym głosem opierając się o ościeżnicę. Był ubrany w szorty a z włosów kapała mu woda. Z odległości mogła jednak wyczuć woń alkoholu, która unosiła się wokół niego pomimo właśnie zażytej kąpieli.
- Śpi! Tak trudno spojrzeć na zegarek? – Wycedziła poirytowana.
James wyprostował się słysząc ton głosu swojej narzeczonej. Nie spodziewał się u niej takiej reakcji.
- Wciąż jesteś zła? – Zapytał cicho chcąc wybadać teren.
- Jeśli zamierzasz zadawać takie idiotyczne pytania to lepiej dla ciebie jak ewakuujesz się na górę!
Przeczesał ręką włosy i ostrożnie podszedł do kanapy, na której Lily wciąż nie odrywała wzroku od gazety. Nie spodziewał się, że to będzie tak ciężka przeprawa.
- Przestań już się boczyć! Przepraszam. - Spojrzał na nią z miną niewiniątka.
- Jaaasne. Przepraszam, więcej już nie będę. Bla, bla, bla. Skończ to zanim zaczniesz cedzić takie durne teksty, James! – Warknęła, rzucając w niego gazetą.
- Po prostu chciałem jakoś oblać moje szczęście… - James jeszcze raz spróbował łagodnego podejścia.
- Daj sobie spokój! Alkohol to jedyna droga na uczczenie czegokolwiek, jaką znasz?!
- A co miałem robić? Siedzieć pod drzewem i śpiewać serenady, jak idiota?! – Uśmiechnął się lekko i zauważył, że Lily trochę topnieje.
- No na pewno byłby to ładniejszy widok niż twoich zwłok wtaczających się do domu w asyście równie narąbanego Blacka!
- Masz rację, boli mnie…
- Skacowana głowa? I prawidłowo! Powinien cię męczyć jeszcze z tydzień! – Założyła ręce na piersiach.
- Dobrze wiesz, co mam na myśli. Przepraszam, nie chciałem sprawić ci przykrości.
- Jak zamierzasz się tak upijać na każde wspaniałe wydarzenie w naszym życiu, to za pięć lat będę wdową po alkoholiku! Bo utłukę Cię gołymi rękami!
- Wiesz, co? Zaczynasz się zachowywać jak ruda wiedźma! Naprawdę mi przykro. Daj spokój, bo nie przychodzę nawalony codziennie. Raz czy dwa mi się zdarzyło, że urwał mi się film, a ty i matka robicie z tego aferę jak stąd do wieczności!
- Gadaj tak dalej, a na pewno ci to pomoże!
- Wiesz, co? Naprawdę przesadzasz, zachowujesz się jak moja matka! To pierścionek zaręczynowy tak zadziałał? Długo zamierzasz się tak foszyć?
- Masz zrytą banię James! I będę! Nie wiem jak długo, ale zapamiętam do końca życia!
- Zajebiście! – Wstał szybko z kanapy. Lily ponownie chwyciła za gazetę i wróciła do artykułu, który przeglądała przed sprzeczką. – Nie, no dość tego! – Wyrwał Lily gazetę z rąk, już wystarczająco nasłuchał się dzisiaj od Mary, nie życzył sobie żeby i Lily zachowywała się jak stara, obrażona panna. Najpierw zakrył jej usta dłonią a następnie przerzucił ją sobie przez ramię i zaczął wchodzić po schodach.
Już miała zamiar go ugryźć i na niego nawrzeszczeć, gdy przypomniała sobie o śpiącej Mary. James wszedł do pokoju gościnnego i butem zatrzasnął drzwi. Następnie postawił Lily na ziemię i w ostatniej chwili złapał jej lecącą dłoń.
- Nawet nie próbuj mnie bić ruda żmijo! – Powiedział do niej rozbawiony. Bez trudu chwycił jej drugi nadgarstek i trzymał blisko siebie.
- Co ty sobie wyobrażasz, do cholery?! Myślisz, ze coś zdziałasz w ten sposób? – Próbowała się bezskutecznie wyrwać.
- No… tak.
- Tylko tyle, ze teraz to już jestem MEGA wkurwiona!
- Co mnie opętało, że się w tobie zakochałem?! – Powiedział do siebie James, będąc pod wrażeniem tak wulgarnych słów płynących z ust Lily
- To ja powinnam o to zapytać! Jak mogłam się zgodzić na randkowanie z takim pacanem! – Jej zablokowane ręce nie dawały zbyt dużego pola manewru, więc bezceremonialnie nastąpiła Potterowi na stopę. James zasyczał z bólu, puścił lekko jej nadgarstki.
- Jesteś chorą umysłowo wiedźmą! – Chwycił ją w pasie i przetransportował na łóżko.
- Nawet się nie próbuj tych swoich sztuczek, bo się doigrasz! – Wyrywała się ile miała sił, choć nie za wiele jej to dało. James skutecznie ją zablokował siadając na jej kolanach i przytrzymując ręce nad głową. Uśmiechnął się do sapiącej z wysiłku Lily i skierował usta do pocałunku. Po chwili pożałował tego, jak niczego na świecie.
- Ty naprawdę jesteś nienormalna! Porąbany mól książkowy! – Poczuł jak po wardze ścieka mu stróżka ciepłej krwi.
- Sam jesteś nienormalny! Przystawiać się do obrażonej narzeczonej! Ostrzegałam, że się doigrasz! – Wyskoczyła z łóżka i położyła ręce na biodrach.
- Chciałem porozmawiać językiem ciała, a ty mnie ugryzłaś!
- Jeszcze może powiesz, że to było czułe! Wtarganie mnie tu po schodach i przytrzymanie na łóżku? Tobie naprawdę ten alkohol uszkodził mózg i zalęgły się tam robaki!
- A przyszłabyś tu gdybym cię poprosił? – Uśmiechnął się lekko. Lily spojrzała na niego i złość jej niemal minęła. Wzrok miał jeszcze zamglony, widać było, że cierpi z bólu. W dodatku próbował udawać, że jest wściekły na nią za to ugryzienie.
- Naprawdę jesteś takim imbecylem czy to tylko takie wrażenie? – Podeszła do niego i pogłaskała go po głowie.
- A ty? – Złapał ją za biodra i przyciągnął bliżej siebie.
- Co ja?
- Naprawdę jesteś taką zołzą czy tylko udajesz?
- Nie jestem zołzą!
- A ja nie jestem imbecylem. Koniec tego. Bo będziemy się kłócić do końca świata.
- Ok. Więc dobranoc, możesz już opuścić mój pokój. – Uniosła dumnie głowę i wyplątała się z jego uścisku.
- Ani mi się śni. –Znów ją objął. – Możemy uznać, że został zawarty rozejm, a drużyny ogłosiły remis. – Lekko się pochylił i już miał pocałować ją w usta, ale na wspomnienie jej ostrych zębów zmienił kierunek i wybrał policzek. Lily tylko parsknęła śmiechem.
- Czyli, że to ja wygrałam, tak? Boisz się mnie?
- To tylko jedna mała bitwa, ty ruda, zwariowana, kochana kobieto. – Z każdym słowem przybliżał ją do łóżka. Gdy już na nim leżała postanowił ją pocałować. Lily jednak zerwała się jak oparzona.
- Czy coś nie tak? Znów wojny chcesz?! – Zapytał zagniewany James.
- Nie.
- To, o co chodzi?
- Mam okres. – Lily zaniosła się śmiechem na widok miny Jamesa.
- Biednemu to zawsze wiatr w oczy!

piątek, 23 grudnia 2016

Rozdział 64

Lily leżała na łóżku i z zachwytem przyglądała się grze światła odbijającego się od diamentu w kształcie serca osadzonego w jej pierścionku zaręczynowym. Wciąż nie mogła uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Zgodziła się! Zamierzała wyjść za mąż! Została narzeczoną Jamesa Pottera, który teraz zupełnie nieświadomy chaosu jaki panował w jej głowie, spał smacznie obok niej. Odwróciła wzrok od pierścionka i spojrzała na Jamesa. Uśmiechnęła się z czułością. Rozczochrane włosy, lekko uchylone usta, na policzku ślad guzika, który wgniótł się w skórę, gdy zbyt mocno przyciskał głowę do poduszki. Wyglądał bosko! Tak niewinnie. Jego usta, wciąż opuchnięte od pocałunków… Przypomniała sobie minioną noc i znów zalała ją fala pożądania. Nie zamierzała go teraz budzić. Planowała przemyśleć sobie wszystkie dręczące ją wątpliwości, jednak ten żar między jej udami całkowicie odbierał jej zdolność racjonalnego myślenia. Musiała go mieć! Teraz – natychmiast!
Delikatnie dotknęła jego ramienia, policzka, ust. Nie zareagował. Zdążyła się już przyzwyczaić, że nie tak łatwo obudzić Jamesa Pottera. Znała jednak jeden niezawodny sposób.
Powoli, nie robiąc hałasu, wdrapała się na niego. Mruknął rozkosznie, jednak wciąż nie otwierał oczu. Gdy go pocałowała, miała już pewność, że się obudził. Rozgrzane ręce Jamesa sunęły leniwie w górę jej ud, aż zatrzymały się na gołych pośladkach. Lily pomyślała, że niezakładanie bielizny było całkiem dobrym pomysłem.
Pocałowała obie jego powieki i ponętnie zakręciła tyłeczkiem, czując między udami jego rosnące podniecenie.
- Mmmm… wciąż nienasycona? – Mruknął uśmiechając się szelmowsko i otwierając jedno oko.
- Głupie pytanie. Tobą nigdy! – Musnęła delikatnie jego wargi. Dla Jamesa było to jednak zdecydowanie za mało. Natychmiast zmiażdżył jej usta namiętnym pełnym pasji pocałunkiem. Objął ją mocno ramionami uniósł do góry biodra, by mogła się przekonać jak bardzo go rozpaliła.
Wydała z siebie rozkoszny jęk, gdy James zmienił pozycję, przekręcił ją na plecy i znalazł się nad nią. Nie przerywając pocałunku, jedną dłonią bawił się jej włosami, a drugą leniwie sunął w dół aż dotarł do celu.
Lily zarzuciła nogę na jego biodro, by ułatwić mu dostęp do jej kobiecości.
James planował kochać się z Lily długo i powoli tego ranka. Nie chciał się spieszyć, jednak, gdy jego palce wyczuły jaka jest wilgotna, gorąca i gotowa, zawładnęła nim nieokiełznana żądza posiadania jej ciała. Wiedział, że jeśli jej nie zaspokoi to sam eksploduje. Chciał poczuć jak zaciska się na nim, taka chętna i ciasna.
Nie czekał na specjalne zaproszenie, wiedział, że nie jest mu potrzebne. Patrzył w jej błyszczące oczy, gdy błyskawicznie pozbywał się bokserek. Wstrzymała oddech i jęknęła cicho, gdy niemal brutalnie wdarł się do środka.
- O Boże, Lily! – Westchnął głośno, gdy wbiła paznokcie w jego nadwrażliwe plecy. Było mu tak dobrze! Mógłby zostać w niej na wieki!
Wypchnęła biodra w górę zachęcając go, by wszedł głębiej. Nie musiała długo czekać – wysunął się delikatnie i znów naparł. Nie mógł jednak doczekać się spełnienia. W życiu by nie przypuszczał, że po tak upojnej nocy, wciąż będzie miał ochotę na więcej. A miał!  W tej chwili pragnął jej jak niczego innego na świecie. Wydał z siebie pomruk niezadowolenia i błyskawicznie zmienił pozycję. Nim zdążyła choćby jęknąć, już był za nią i ponownie się w niej zatopił, tym razem od tyłu. Jedną dłonią pieścił jej nabrzmiałe piersi, a drugą pośladki.
Stęknęła głośno, gdy znów się w nią wbił. Mocniej, szybciej, głębiej! Poczuła się tak cudownie wypełniona! Podniosła się i zarzuciła mu rękę na kark.
Przytrzymał jej biodra i obsypał szyję pocałunkami.
- Jesteś taka piękna! – Jęknął całując czułe miejsce tuż nad uchem. – Jesteś moja! – Warknął napierając coraz szybciej.
- Taaaak! – Te słowa James zawsze działały na nią jak najsilniejszy afrodyzjak. Poczuła, że zaczyna wspinać się na szczyt, by za chwilę spaść i rozsypać się na miliony kawałeczków. – A ty mój…- jęknęła, gdy zacisnął dłonie na jej piersiach.
- No dalej, mała! – Wysyczał czując, jak jej mięśnie zaciskają się na jego członku. Po czole spłynęła mu kropla potu, oddech zaczął się urywać.
Resztkami sił powstrzymał się, by nie skończyć przed nią. – Chcę, by moja narzeczona doszła dla mnie. Zrób to! – Jęknął przytrzymując jej biodra i wówczas, jak na rozkaz, wygięła się w łuk, a jej usta zamarły w niemym krzyku.
Zaczęła spadać z tej krawędzi, wybuchając tym nieziemskim, porannym orgazmem, James objął ją mocno i również eksplodował spełniony.
Opadli na łóżko nie wypuszczając się z objęć i walcząc o każdy oddech.
To był nieziemski seks, jak za każdym poprzednim razem. James nie wiedział, jak Lily tego dokonała, ale sprawiała, że nigdy nie miał jej dość. Wciąż chciał więcej i więcej, nie potrafił się nią nasycić. Po prostu oszalał na jej punkcie.
Wyszedł z niej niechętnie i przytulił się do jej pleców, całując delikatnie w kark.
- Kocham Cię. – Wyszeptała, wciąż ciężko dysząc.
- Ale ja mocniej!
- Po równo! – Zachichotała przytulając się do jego klatki piersiowej.
- Błagam, budź mnie tak codziennie!
- Obawiam się, że to niemożliwe. Dziś wyjeżdżamy, a nie sądzę, by twoja mama przygotowała nam wspólny pokój.
- To nie jest konieczne. – Uśmiechnął się szelmowsko, jednak szybko oprzytomniał. Nie mógł jej przecież powiedzieć, że nie zamierza spać w domu rodziców. – Wykopiemy Syriusza do gościnnego. O ile w ogóle sypia w domu. – Zaśmiał się cicho.
- A gdzie niby miałby sypiać?! – Lily odwróciła głowę i spojrzała na Jamesa zdziwiona.
- Na przykład w...eeeee… u Kate? – James wyszczerzył zęby na wspomnienie seksbomby z Doliny Godryka. Była w końcu ulubioną kochanką Blacka.
- Kim u diabła jest Kate? – Lily była coraz bardziej zaintrygowana, natomiast po minie Jamesa można było zauważyć, że jego ten temat ewidentnie nudzi.
- Naprawdę nie wiem jak najdelikatniej ci to wyjaśnić. – Westchnął teatralnie. – Kate.. Mieszka w Dolinie Godryka i zawsze gdy przyjeżdżamy do domu Syriusz spotyka się z Kate. To taka…
- Koleżanka? – Podpowiedziała Ruda, zaczynając domyślać się, o co chodzi z tajemniczą Kate, ale chciała to usłyszeć od Jamesa.
- Nie, raczej nie koleżanka. – Zaśmiał się złośliwie. – Z koleżanką spędza się czas przede wszystkim poza sypialnią. – Puścił do Lily oko widząc, że ta lekko się rumieni.
- Znajoma, po prostu.
- Tak. Po prostu znajoma do posuwania! – Znów roześmiał się Rogacz i klepnął Lily w pośladek. – Kto wie, może ją poznasz. A teraz wstańmy, jestem potwornie głodny.
*
James wyskoczył z Błędnego Rycerza i przytrzymał Lily za rękę, by podczas wysiadania nie poślizgnęła się na oblodzonym bruku.
Lily spojrzała przed siebie i uśmiechnęła się na widok pięknego domu państwa Potterów. Już nie mogła doczekać się kubka gorącej herbaty, kawałka ciasta i wygodnej kanapy przed kominkiem. Najbardziej jednak stęskniła się za Mary Potter.
Gdy weszli do domu przywitała ich mieszanka cudownych zapachów: pieczonego ciasta, świeżo zaparzonej kawy i lasu… już od progu było wiadomo, że w salonie stoi wielka, żywa choinka.
- Mamo, jesteśmy! – Krzyknął James odstawiając w przedpokoju kufry podróżne.
Usłyszeli jak w kuchni ktoś odstawia rondel, a po chwili w drzwiach pojawiła się uśmiechnięta Mary Potter. Rozłożyła ramiona i najpierw uściskała syna, a następnie zwróciła się do Lily.
- Witaj, kochana. – Wycałowała Rudą w oba policzki. – Jak miło cię tu widzieć. A więc, skoro przyjechałaś to wnioskuję, że niedługo będę mogła nazywać cię synową. – Choć wydawało się to niemożliwe Mary uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
Lily zarumieniła się i spojrzała z wyrzutem na Jamesa, była na niego trochę zła. Wynikało bowiem, że wszyscy dookoła od dawna wiedzieli o jego planach, a ona musiała o wszystkim dowiedzieć się jako ostatnia! Uśmiechnęła się jednak do Mary i odpowiedziała:
- Wszystko na to wskazuje, ale jestem zdania, że powinniśmy z tym trochę poczekać.
- Oczywiście, naturalnie! – Mary otarła z kącika oka zabłąkaną łzę. – Och, nie stójmy w przedpokoju! Wchodźcie, pewnie jesteście głodni, już podgrzewam kaczkę…
- Mamo, jedliśmy obiad u rodziców Lily. – James wywrócił oczami.
- To w takim razie napijemy się kawy, właśnie zaparzyłam. – Mary odwróciła się na pięcie i ruszyła do kuchni.
- Gdzie Syriusz? – James rozejrzał się jakby spodziewał się, że Black wyskoczy zaraz zza kanapy.
- Syriusz? Na górze. – Mary machnęła ręką. – Próbuje złapać Cockie, znów uciekła z klatki.
- Cockie?!? – Lily i James spojrzeli zaskoczeni na Mary. – Kto to jest Cockie? – Zapytali jednocześnie.
- Kolejny kretyński pomysł Syriusza. – Zaśmiała się Mary. – Lily, chodź ze mną kochana, a ty James idź pomóż temu nicponiowi.
James wdrapał się po schodach, przemierzył korytarz i zatrzymał się przed drzwiami pokoju, który zajmowała Lily, gdy gościła u nich w wakacje. Usłyszał dźwięk tłuczonego szkła, cichy skrzek i głośne przekleństwo. Uśmiechnął się do siebie i bez pukania wszedł do środka. Nie spodziewał się takiego widoku. Zamrugał kilka razy… Dźwięk, który usłyszał okazał się pochodzić z małego, porcelanowego wazonika, który leżał obecnie na podłodze, roztrzaskany w drobny mak. Stolik, na którym stał wcześniej wazonik, leżał obok resztek wazonika.
Na łóżku pod oknem stał Syriusz, w rękach trzymał czerwony koc i klął szpetnie zadzierając do góry głowę. James podążył za wzrokiem przyjaciela, zmarszczył brwi nie wierząc własnym oczom.
- Co to, kurwa ma być?! – Zawołał.
Wielkie, kolorowe ptaszysko, które dotąd siedziało spokojnie na żyrandolu, zatrzepotało skrzydłami i przefrunęło na szafę. Syriusz, przerażony krzykiem Jamesa sam wrzasnął i spadł z łóżka, podpierając się na łokciach uratował twarz przed zderzeniem z podłogą.  Po chwili, gdy minął pierwszy szok, zadarł głowę i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
- James! Jak dobrze cię widzieć, bracie! – Podniósł się niezdarnie z podłogi i radośnie uściskał przyjaciela.
- Ja też się cieszę, że wróciłem. – Potter poklepał Blacka po plecach. – Czy możesz mi powiedzieć, co to za fruwające stworzenie?
- To Cockie! – Syriusz wskazał z dumą na papugę, która znów zatrzepotała skrzydłami i wydała z siebie cichy skrzek. – Widzisz? Przywitał się z tobą.
- No pięknie. Witaj Cockie! – James sapnął poirytowany. – Przestań błaznować, Black i wyjaśnij mi skąd się tu wzięła ta papuga?!
- To prezent gwiazdkowy Mary! Od Mikołaja. – Syriusz puścił do przyjaciela oko.
- Jak znam moją matkę, to ten Mikołaj powinien być już martwy…
- No coś ty! Już się prawie zaprzyjaźniły, tylko, że gdy rano go karmiłem, źle zamknąłem klatkę i…
- Nie kończ, domyślam się co było dalej. Długo ją tak łapiesz?
- Jego! To jest facet, Cockie! – Syriusz znów podjął próbę schwytania papugi, jednak ta z gracją przeniosła się na karnisz. – Jest strasznie szybki, trochę dziki, ale niedługo go oswoimy. Na razie musi siedzieć w klatce.
- Tyle lat w jednej paczce, a zachowujesz się jak kompletny żółtodziób.  – James wyciągnął różdżkę z kieszeni marynarki, podszedł do okna i wycelował w ptaka. – PETRIFICUS TOTALUS.
Papugę zamroziło i niczym martwa marionetka spadła z karnisza wprost na rozłożone dłonie Jamesa.
- Eeee… lepiej nie mów o tym Mary. – Syriusz zabrał Cockie z rąk Jamesa i ostrożnie włożył go do klatki, dokładnie ją zamknął i cofnął zaklęcie.. Papuga lekko oszołomiona potrząsnęła główką i zatrzepotała skrzydłami.
- No, tak lepiej! – Syriusz uśmiechnął się pogodnie. – Mary ją uwielbia! Będzie miała towarzystwo, gdy wrócimy do Hogwartu.
- Na tak kretyński pomysł, mogłeś wpaść tylko ty. – James zaśmiał się głośno. – Chodźmy już na dół, bo kobiety na nas czekają.
Dopiero teraz Syriusz zdał sobie sprawę, że James nie wrócił sam.
- Przyjęła oświadczyny! – Krzyknął radośnie i uścisnął go w geście gratulacji.
- Oczywiście, że tak! – Potter po chwili wypiął dumnie pierś.
- A więc musimy to opić! I to jak najszybciej, żeby się taka okazja nie zmarnowała!
Gdy doszli wreszcie do salonu, zastali Mary i Lily na kanapie w szampańskich nastrojach. Obie panie piły kawę i śmiejąc się głośno oglądały albumy pełne starych fotografii.
 James zatrzymał się za plecami Lily, pocałował ją w ucho i zapatrzył się na pożółkłe zdjęcie przedstawiające czarnowłosego berbecia jedzącego piasek w piaskownicy.
- Mamo, naprawdę musisz mnie tak kompromitować? – Spojrzał z wyrzutem na Mary.
- Co ty bredzisz, James. Byłeś takim uroczym dzieckiem! – Lily wyszczerzyła się radośnie. – Dowiedziałeś się kim jest Cockie?
- Och tak! Poznaliśmy się. Mamo, będziesz miała wspaniałego przyjaciela.. Jak trochę wydorośleje. – Zaśmiał się.
- Dobrze, że macie zajęcie, bo my z Jamesem, mamy coś do załatwienia. – Syriusz poklepał Rogacza po plecach.
- Chyba żartujecie! – Mary zmarszczyła groźnie brwi. – Dopiero przyjechali, a ty już go ciągniesz z domu! Nie ma mowy!
- Mamo! Muszę iść w jedno miejsce i sprawdzić kilka rzeczy jeszcze dziś. – James puścił oko do Mary i po jej minie od razu zorientował się, że kobieta zrozumiała.
- Dobrze, ale wracajcie szybko!
- Nie czekajcie z kolacją! – Wtrącił Black zakładając kurtkę. – Wstąpimy jeszcze do Raven i… - nie kończąc zdania wybiegł z domu za Jamesem zanim Mary zdążyła zareagować.
Mary westchnęła teatralnie i z dezaprobatą pokręciła głową, jednak postanowiła nie komentować wyjścia chłopców. Wiedziała już, że Lily nie miała pojęcia o domu, który kupił James i póki co, miało to pozostać tajemnicą.
Upiła łyk kawy, nałożyła Lily jeszcze jeden kawałek ciasta na talerzyk i podała dziewczynie kolejny album ze zdjęciami.
Lily powoli przewracała strony albumu, wciąż była zaniepokojona tajemniczym zniknięciem Jamesa, jednak już po kilku minutach zawartość fotografii skutecznie odwróciła jej uwagę. Album, który właśnie miała na kolanach spokojnie można było nazwać „podróżnym”: wszystkie fotografie przedstawiały jakieś momenty uchwycone podczas podróży. Na jednej – James Senior i Mary na tle wieży Eiffla w Paryżu, na drugiej – młody James siedzący na wielbłądzie, gdzieś na egipskiej pustyni, na kolejnej Mary w ogromnych goglach zjeżdżająca na nartach po zaśnieżonym stoku.
- Zwiedziliście kawał świata! – Stwierdziła w końcu Lily, przewracając kolejną stronę w albumie.
- Uwielbiamy podróżować! Poza tym chcieliśmy, żeby nasz mały synek zobaczył jak najwięcej. O zobacz! Tutaj pierwszy raz zabraliśmy ze sobą Syriusza! – Mary wskazała na dwóch dwunasto- lub trzynastoletnich chłopców, którzy latali na miotłach na jakimś ogromnym stadionie Quidditcha. – To było w Bułgarii, cztery lata temu. Mój mąż ma kolegę w tamtejszym Ministerstwie i to właśnie on załatwił nam wejście na ten stadion. Ależ mieli frajdę! Puszyli się potem do końca wakacji w Dolinie Godryka, że tam latali!
- A to zdjęcie? – Lily zmarszczyła brwi, przyglądając się bardzo osobliwej fotografii. Nie było to bardzo stare zdjęcie, maksymalnie przed dwóch, góra trzech lat. Przedstawiało piękną, piaszczystą plażę, nad którą fruwały mewy. Na piasku koc i kosz piknikowy. Wszystko razem tworzyło wręcz sielankowy krajobraz jednak Lily poczuła ukłucie zazdrości widząc bohaterów zdjęcia w miłosnym, wręcz zmysłowym uścisku.
Jego - czarnowłosego, opalonego, uśmiechniętego i bez wątpienia zakochanego, rozpoznała od razu. Nie miała jednak pojęcia, kim jest jego towarzyszka. Nigdy wcześniej Lily nie widziała tej dziewczyny, przyjrzała jej się uważnie. Wydawała się być starsza od Jamesa o rok, może dwa lata. Miała ciemniejszą karnację od Jamesa, jednak włosy mieli niemal identycznie kruczoczarne. Dziewczyna ze zdjęcia stanowiła niesamowitą piękność, co podkreślały jej długie, proste włosy lekko rozwiane na wietrze. Wachlarz długich rzęs okalający oczy i wydatne usta w kształcie serca, uśmiechające się… No właśnie. Lily miała problem z określeniem tego rodzaju uśmiechu, jednak miała pewność, że nie był to uśmiech serdeczny. Dziewczyna miała piękną figurę, duże, okrągłe piersi, zgrabne nogi. Lily pomyślała, że nie wytrzyma dłużej tej niepewności i musiała dowiedzieć się kim była towarzyszka Jamesa.
- Mary? Gdzie było wykonane to zdjęcie?
Mary spojrzała na fotografię i skamieniała. Ręce zatrzęsły jej się tak, że filiżanką zadzwoniła o spodeczek. Szybko odstawiła filiżankę na stolik i westchnęła głęboko.
- Na litość boską! – Warknęła, zabierając Lily album z kolan i wyjmując z niego fotografię. - 
Myślałam, że zniszczyłam wszystkie! Nie mam pojęcia jakim sposobem to się tutaj znalazło!
- Spokojnie, Mary. – Lily chwyciła kobietę za rozdygotaną dłoń. – Powiedz mi proszę, kim jest ta dziewczyna.
- To Olimpia. – Mary wypowiedziała te słowa takim tonem, że Ruda poczuła zimny dreszcz przebiegający po jej kręgosłupie.
Pani Potter milczała przez chwilę, a później rozpoczęła opowieść grobowym tonem.
- To zdjęcie zostało zrobione w Chorwacji, w wakacje, dwa lata temu. Pojechaliśmy tam z naszymi znajomymi, którzy mają syna – Marka – w wieku naszego Jamesa. Syriusz się wtedy paskudnie pochorował, został w domu z państwem Sunshine. James poznał tą dziewczynę na basenie hotelowym. Pracowała tam jako barmanka w jednym z barów, była trochę starsza od Jamesa i, jak sama widzisz, była prawdziwą pięknością.
- Niezaprzeczalnie. – Lily uśmiechnęła się, żeby dodać Mary odwagi do dalszego mówienia, ale kobieta jakby tego nie zauważyła pogrążona w ponurych wspomnieniach.
- James całkowicie stracił dla niej głowę! Całymi dniami przesiadywał w tym barze, a gdy Olimpia miała wolne, znikali gdzieś razem na dnia i noce. Już nawet myśleliśmy, że James nie będzie chciał wrócić do domu. Byliśmy zadowoleni, że James się zakochał, nigdy wcześniej nie opowiadał nam o żadnej dziewczynie. Tylko Syriusz rokrocznie wspominał coś o jakiejś rudowłosej Lily, za którą James biega po Hogwarcie, ale nigdy nie traktowaliśmy tego poważnie. – Mary uśmiechnęła się, jednak zaraz na jej twarzy znów pojawił się grymas cierpienia. – Pamiętam jakby to było wczoraj. Olimpia miała tego dnia wolne. Z Jamesem umówili się dopiero w porze obiadu, ale jego nosiło już od rana. Zaraz po śniadaniu zakomunikował nam, że idzie do domu Olimpii i wróci dopiero wieczorem. Przyzwyczailiśmy się już do tego, więc nawet nie protestowaliśmy. W końcu był już niemal dorosły i nie uśmiechały mu się wakacje spędzone z rodzicami na kocyku. Życzyliśmy mu miłej zabawy i zaczęliśmy z mężem ustalać plan dnia. Nawet sobie nie wyobrażasz, jakie było moje zdziwienie, gdy po godzinie James wrócił wściekły, roztrzęsiony i zapłakany! Umieraliśmy ze strachu, Lily! Nie mogliśmy z niego nic wycisnąć. Myśleliśmy, że może zdarzył się jakiś wypadek, że Olimpia nie żyje. Dopiero po tym, jak ojciec zagroził, że zadzwoni na policję, powiedział nam, że Olimpia jest cała i zdrowa. I ot były, niestety, jego ostatnie słowa.  Zamknął się w swoim pokoju i nie chciał z nikim rozmawiać. Nie jadł, nie pił. Pogrążył się w rozpaczy, której nie potrafiliśmy jeszcze wtedy pojąć. Dopiero po dwóch dniach zrozumieliśmy, co się wydarzyło. Wracaliśmy z Seniorem do pokoju po obiedzie, gdy zobaczyliśmy ją ukrytą w cieniu, na jednym z basenowych leżaków… - Mary wzdrygnęła się jakby zobaczyła paskudnego robala. – Śmiała się cicho i całowała po szyi… Marka. Syna naszych znajomych, z którymi przyjechaliśmy.
- O Boże! – Lily wstrzymała powietrze, zdając sobie sprawę z tego jak musiał przeżyć to James. – Co się stało dalej?
- Gdy poznaliśmy powód rozpaczy Jamesa, wiedzieliśmy, że nie możemy zostać w Chorwacji ani chwili dłużej. Wróciliśmy do domu pierwszym możliwym świstoklikiem. Niestety, nic to nie dało. James zabarykadował się w pokoju, nikogo nie wpuszczał do środka, wciąż nie jadł i nie pił.
- Ale jak wam się udało? W Hogwarcie niczego nie zauważyliśmy. – Zapytała cicho Lily.
- Syriusz ogłosił alarm czerwony. – Mary uśmiechnęła się czule, a Lily jak przez mgłę przypomniała sobie, że już kiedyś użyto tego hasła w jej obecności… w pewien wakacyjny wieczór, tutaj, w domu Potterów.
- Tak. Dobrze się domyślasz. Raven. – Mary uśmiechnęła się na wspomnienie szalonej blondynki. – Syriusz pobiegł po Raven. Tylko ją James wpuścił do pokoju. Siedzieli tam razem zamknięci przez trzy dni i trzy noce. Słyszałam wrzaski i płacz Jamesa, serce mi pękało, gdy przychodziłam wtedy pod drzwi. Jedyną rzeczą jaka mnie pocieszała był fakt, że znikały talerze z kanapkami, które im szykowałam.
- A po trzech dniach? – Lily jak najszybciej chciała się dowiedzieć jaki był finał tej historii.
- Wyszli oboje z pokoju. A potem zniknęli na kilka dni: James, Raven i Syriusz. Pojechali do babci Raven na wieś, chyba po to, żeby odreagować. Kiedy po tygodniu bez dawania oznak życia wrócili, byłam w szoku, bo James zachowywał się jakbyśmy nigdy nie wyjeżdżali do Chorwacji. Co prawda był jakby trochę przygaszony, mniej psocił, ale takie drobiazgi potrafiłam zauważyć tylko ja. – Mary westchnęła. – No a później wakacje się skończyły, chłopcy wrócili do Hogwartu i znów serce Jamesa podbiła rudowłosa Lily.
Obie zachichotały, jednak Mary szybko spoważniała, po raz ostatni zerknęła na fotografię, a później porwała ją i wyrzuciła do kominka.
- A Mark? – Lily jeszcze to nie dawało spokoju.
- To był poważny incydent. Zaraz po powrocie od babci Raven, Mark zjawił się u nas i chciał rozmawiać z Jamesem. Lily, ja nie pomyślałabym nigdy, że w moim synu jest tyle agresji. Gdyby mojego męża nie było w domu, sam Syriusz nie utrzymałby Jamesa. On po prostu chciał zabić Marka. Potok przekleństw jaki wydobywał się z jego ust, gdy Mark odchodził ulicą był niewyobrażalny. Potem zapytałam go o co chodziło Markowi. Odpowiedział mi, że to nie moja sprawa. Zapytałam czy chodzi o Olimpię to wiesz co on mi odpowiedział? – Mary miała minę jakby rozżarzony miecz wbito w jej serce. – Powiedział mi, że mam nigdy więcej nie wspominać o tej ździrze. Mój własny syn tak powiedział o jakiejś kobiecie.
Lily była w szoku, bo pyskowanie do matki to jedno, zwłaszcza w wykonaniu tych dwóch pajaców, ale mówienie jej takich słów jeszcze pod wpływem gniewu, to już było całkowicie nie w stylu Jamesa. Z zamyślenia wyrwały ją słowa Mary.
- Od tamtej pory Olimpia to temat tabu. Nigdy o niej nie rozmawiamy. Nie rozmawiamy nawet o wakacjach w Chorwacji. Dlatego bardzo cię proszę, Lily, nigdy nie mów Jamesowi, że znasz tę historię.
- Oczywiście! – Przysięgła Ruda. – Bardzo ci dziękuję, że opowiedziałaś mi tę historię. To wiele dla mnie znaczy.
- Jesteś już niemal członkiem rodziny, Lily. A wiem, że te dwa jołopy na pewno by tego nie zrobiły.
- No tak, jedno czego im nie można zarzucić to dochowywanie wspólnych tajemnic. Choć może nie do końca.
Zdziwiona Mary zastygła oczekiwaniu w połowie drogi do kolejnego albumu.
- Jak to?
- Zdradzili mi, że robisz najlepszą świąteczną kaczkę w tej części Anglii.
- Och, hihihi, no tak. Chodźmy do kuchni, zjemy po kawałku.
- Bardzo chętnie, Mary. – Lily nie była specjalnie głodna ale chciała nieco odsunąć myśli Mary od tego trudnego tematu. Jej samej zresztą ciężko było wyobrazić sobie całą tę chorą sytuację. Ale wiedziała już teraz jedno: jaka jest przyczyna tej chorobliwej wręcz zazdrości Jamesa.

sobota, 29 października 2016

Rozdział 63

- Jak to bez użycia czarów?! – James wpatrywał się w Patricka Evansa, jakby mu wyrosła druga głowa.
Przeniósł wzrok na pokaźną jodłę, która sięgała sufitu i zajmowała sporą część salonu. Nie, nie, Patrick na pewno robił sobie z niego jaja, bo takiego cholerstwa nie da się przystroić bez czarów! Ponownie spojrzał na Patricka, który trzymał w dłoniach spory karton z ozdobami choinkowymi i uśmiechał się z politowaniem.
- Ty wcale nie żartujesz, prawda?!
- Oczywiście, że nie! Myślisz, że w jaki sposób przystrajaliśmy choinkę do tej pory? – Patrick odstawił karton na stolik i wyciągnął z niego pęk niemiłosiernie poskręcanych lampek.
- Musimy zacząć od tego. – Powiedział rzucając kłębek na dywan. – Jak uporamy się z lampkami, reszta pójdzie jak z płatka.
- Patrick, raczej nie mówię tego miłym mi osobom, ale chyba zwariowałeś! Przecież to jest mission impossible!  - James złapał się za głowę widząc plątaninę kabelków. – Nie rozsupłamy tego przed Nowym Rokiem!
- Co roku mówię dziewczynkom, żeby zwijały starannie te lampki i co rok jest to samo! – Poskarżył się pan Evans. – Nigdy się nie nauczą.
- Zostaw to, Patricku, nie będziemy bez sensu marnować czasu. – James wyszedł z salonu, a gdy wrócił po chwili, w dłoni ciskał różdżkę i uśmiechał się szelmowsko.
- Co zamierzasz zrobić z tym kijaszkiem? – Patrick obserwował Jamesa z zainteresowaniem. Wiele się nasłuchał od Lily na temat magii, jednak nigdy nie widział żadnych czarów. Wiedział od córki, że przed ukończeniem 17 lat uczniom nie wolno było używać czarów poza szkołą. Tym bardziej był ciekaw co zamierza zrobić James i był skłonny przymknąć oko na to małe oszustwo w ubieraniu choinki. Rozplątywanie światełek już od tygodnia spędzało mu sen z powiek.
- To jest różdżka Patricku, a nie kijaszek! – Oburzył się James. – A teraz patrz i ciesz się, że nie musisz tego rozplątywać sam! – James wycelował różdżką w plątaninę kabli i szepnął REPARO. Lampki błyskawicznie rozplątały się i ułożyły na dywanie w równiutki sznurek.
- WOW! – Patrick zagwizdał z uznaniem.
- Nie musisz dziękować. – Potter wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Nie ma co. Zaimponowałeś mi chłopcze! Myślisz, że to zaklęcie poradziłoby sobie z cieknącym kranem w łazience? Monika suszy mi głowę już drugi tydzień…
- Nie ma problemu. Zajmiemy się tym, gdy skończymy z choinką. – James ponownie wycelował różdżką na lampki, a te uniosły się i zgrabnie zaczęły oplatać jodłę.
- Ej, to oszustwo!
Patrick i James odwrócili gwałtownie głowy. W progu stała Lily trzymając w dłoniach tacę z kawą i ciasteczkami.
- Daj spokój, Lily! – Patrick machnął ręką i gestem zachęcił Jamesa, by kontynuował.
- Co daj spokój! Idziecie na łatwiznę. A gdzie cała frajda z ubierania choinki? – Postawiła tacę na stoliku przed kanapą i założyła ręce na piersiach.
- Frajda? Chyba żartujesz! – James prychnął kpiąco, nie przerywając przystrajania. – Ja nie jestem masochistą, ale skoro tobie sprawia to frajdę, to proszę bardzo. Możesz siedzieć tu do Nowego Roku i rozplątywać te lampki.
Ten argument wyraźnie przemówił Lily do rozumu, bo tylko zrobiła naburmuszoną minę, sięgnęła po jedno ciastko z tacy i ruszyła do kuchni.
- Ale bombki zakładacie tradycyjnie! – Mruknęła jeszcze przez ramię opuszczając salon.
Po godzinie ciężkiej pracy, kilkunastu stłuczonych bombkach i trzech zakrwawionych palcach, jodła rozświetliła się setką kolorowych lampek, złotych i czerwonych bombek, grubych łańcuchów i ozdobnych pierniczków i jabłek. Patrick i James siedzieli wygodnie na kanapie i z zadowoleniem obserwowali efekt swojej ciężkiej pracy.
- U mnie w domu choinkę ubieramy trochę wcześniej. – Po chwili ciszy rozpoczął James. – Mama, jeśli chodzi o święta, jest nieznośną perfekcjonistką. Dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem planuje, rozsadza gości za stołem, myśli nad motywem przewodnim kolacji, kolorami. Oczywiście jej koncepcje zmieniają się jak w kalejdoskopie, a potem my z ojcem musimy przestawiać, dostawiać i doczepiać.
- Hahaha! Twoja matka jest zupełnie jak moja żona. – Patrick nachylił się do Jamesa. – Odkąd przyjechaliście to trochę spuściła z tonu. Tylko mi głowę objada w sypialni.
Obaj zaczęli chichotać.
- Twoja żona to prawdziwy skarb. Jest dobra, mądra, piękna, życzliwa. Lily ma wiele cech po niej. – James zmienił ton rozmowy na nieco poważniejszy.
- Kiedy zamierzasz „to” zrobić? – Szepnął do niego konspiracyjnie Patrick znad czekoladowego ciastka z nadzieniem.
- Czekam na odpowiedni moment. – James uciekł myślami do małego czerwonego pudełeczka ukrytego w kufrze, w pokoju Lily na piętrze.
- Nie znajdziesz bardziej odpowiedniego momentu niż dzisiejsza kolacja. – Patrick uśmiechnął się i upił łyk kawy.
***
Syriusz postawił kołnierz swojego płaszcza, by ochronić kark przed mroźnym wiatrem i objął mocniej Raven uwieszoną na jego ramieniu. Przechadzali się brukowaną uliczką, obserwując witryny sklepowe i od czasu do czasu wchodząc do środka, by kupić drobne upominki dla rodziny i przyjaciół.
- Chyba kupię jej kota! – Mruknął Syriusz przystając przed sklepem zoologicznym.
- Żartujesz? Mary? Kota? – Raven spojrzała na niego kpiąco. – Wygoni cię z tym kotem zanim zdążysz przekroczyć próg domu. Mary nienawidzi sierści kotłującej się po podłodze.
- To może papugę. Cały czas marudzi, że jest sama. Jak będzie miała papugę, to nie będzie już taka samotna. 
- Ma już sowę. – Raven przewróciła oczami.
- Ale papugę można nauczyć mówić. Będzie miała z kim pogadać.
- To nie jest dobry…
- Ależ to jest doskonały pomysł! – Rozpromienił się Syriusz. – Kupię Mary papugę!
- Skoro nalegasz. – Raven wzruszyła ramionami. – Ale najpierw pójdziesz ze mną do zegarmistrza, chcę kupić ojcu nowy zegarek.
- A co dla mnie kupiłaś? – Syriusz wyszczerzył zęby. Uwielbiał dostawać prezenty.
- Tobie? Maść na brak piątej klepki! – Zachichotała Raven.
- Bardzo śmieszne! – Syriusz naburmuszył się. – Przeproś teraz, bo sprawiłaś mi przykrość. – Przyjął pozę obrażonego dwulatka.
- Och, głupiutki Syriuszku. – Raven przytuliła Blacka i pogłaskała go po policzku. – Wiesz, że Cię uwielbiam. Potrafisz zachować się szlachetnie i jesteś wspaniałym przyjacielem… czasami.
- Czasami?!?! No proszę Cię…
- No tak. Na ogół jesteś cynicznym chamem z przerostem ego nad własnym wzrostem. Wymądrzasz się i przede wszystkim nie szanujesz kobiet.
- Ja? Ja nie szanuję kobiet!! – Syriusz zatrzymał się gwałtownie zdziwiony słowami przyjaciółki. Raven poślizgnęła się na oblodzonej uliczce i mało brakowało a upadłaby na plecy, jednak Black zdążył ją złapać. – No i widzisz? Twoja teoria obalona w dwie sekundy! Właśnie ratuję twoją zgrabną dupcię. Nie ma za co!
- Mówiąc, że nie szanujesz kobiet nie mam na myśli mnie, Mary czy innych, na których Ci zależy… Źle to ujęłam. – Raven podrapała się w głowę. – Dbasz o te kobiety, których nie traktujesz jak obiekty do zerżnięcia. Natomiast wszystkie inne… no właściwie to zabawki do łóżka, które później zostawiasz i nie myślisz o tym co czują.
- Hmmm… Wiesz, jak to mówią: „Swych poddanych nie zwykł żałować król”. – Black błysnął zębami. – Poza tym naprawdę nie mogę się z tobą zgodzić, kochanie. Przed chwilą sama stwierdziłaś, że dbam o ciebie i zależy mi na tobie, a przecież doskonale wiesz, gdzie chciałbym Cię zobaczyć… - nachylił się nad Raven i bezceremonialnie chwycił ją za tyłek - …nago. – Dokończył.
- Tak, tak wiem. – Zupełnie niewzruszona jego słowami strzeliła go w rękę. – I wiem też, że już dawno zaciągnąłbyś mnie do swojego łóżka, gdyby nie świadomość, że James najprawdopodobniej wybiłby ci wszystkie zęby, gdybyś to zrobił.
Syriusz westchnął tęsknie i ponownie objął Raven. Uwielbiał się z nią tak droczyć. Raven była cholernie seksowną dziewczyną i wiedział, że w łóżku, razem przeżyliby niejeden kosmiczny orgazm. Jednak wiedział też, że gdyby dziewczyna wyszła z taką propozycją, bez namysłu by jej odmówił. Przez te kilka lat, odkąd się poznali, zdążył pokochać ją tą cholerną braterską miłością, przez którą wizja seksu z Raven kojarzyła mu się z kazirodztwem.
- Kocham Cię, ty mały psycholu! – Przyciągnął ją mocniej do siebie i cmoknął w policzek.
- Zobaczysz, znajdziesz w końcu tą jedną jedyną. – Raven oparła głowę na ramieniu Syriusza.
- Jeszcze się taka nie urodziła, Słoneczko.
- Urodziła, urodziła, tylko jeszcze nie stanęła na twojej drodze.
- Musiałaby chyba pochodzić z obcego kraju, bo wszystkie pięknie kobiety w Wielkiej Brytanii już widziałem i żadna nie była tą jedyną. – Popukał się w czoło z powątpiewaniem. – Chodźmy już lepiej po tę papugę! – Mruknął i ruszył w drogę powrotną.
***
James upił łyk wina i odstawił kieliszek na stół. Wbił wzrok w swój talerz, na którym leżały teraz niedojedzone resztki pieczeni jagnięcej. Kolacja wigilijna była pyszna. Monika była równie utalentowaną kucharką co jego matka, a Patrick wybrał z piwniczki idealnie pasujące wino. Choć w tej akurat chwili James wolałby zdecydowanie szklankę bursztynowej brandy.
Denerwował się. Ręce mu się pociły, a serce stukało boleśnie w przyciasnej klatce piersiowej. Nie mógł skupić uwagi na prowadzonej rozmowie, a pudełeczko ukryte w wewnętrznej kieszeni marynarki uwierało boleśnie, wciąż przypominając o swojej obecności. „Teraz albo nigdy” – powtarzał sobie te słowa jak mantrę od godziny.
Patrick miał rację mówiąc, że lepsza okazja niż wigilijna kolacja się nie przytrafi. Miał błogosławieństwo państwa Evans, wiedział, że Lily go kocha, więc dlaczego tak cholernie się denerwował?
Pogrążony w myślach przegapił moment, w którym Monika i Lily zastąpiły półmiski z daniami, paterami pełnymi ciast i ciasteczek. Ocknął się dopiero, gdy Lily szturchnęła go łokciem i spojrzała na niego, pytająco marszcząc brwi.
„Teraz Potter!” Krzyknął do siebie w myślach i wziął kilka głębokich uspokajających oddechów. „ Do dzieła, nie zachowuj się jak tchórzliwy goblin”.
- Chciałbym coś powiedzieć. – Wstał z krzesła i wygrzebał z kieszeni czerwone pudełeczko.
- Śmiało chłopcze, nie krępuj się. – Patrick mrugnął do niego zachęcająco.
James spojrzał na Lily, która przyglądała mu się z zaskoczoną miną. Wiele by oddał, by odczytać teraz jej myśli.
Wyglądała przepięknie w czerwonej sukience, burza rudych włosów okalała jej śliczną twarz uwydatniając lekko pobladłe o tej porze roku piegi na nosie. Oczy w blasku świec wyglądały jak dwa szmaragdy, a nieschodzący z twarzy uśmiech, teraz zastąpiony przez lekkie zdziwienie, przez całą kolację uświadamiał mu jak bardzo kocha tę kobietę. Gdy uświadomił to sobie postanowił przestać rozmyślać nad tym co ma zrobić, tylko pójść na żywioł. Odsunął krzesło i padł przed Lily na kolana.
- Lily kocham Cię jak wariat. Szaleję za Tobą odkąd ujrzałem Cię po raz pierwszy przed Wielką Salą. Miałaś wtedy takie śmieszne kucyki, a jeden z kosmyków opadł Ci na buzię. Już wtedy wiedziałem, że jesteś moim aniołem, moją drugą połówką. Po tych wielu latach starań nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. Czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją żoną? – Otworzył małe pudełeczko i wyciągnął z niego złoty pierścionek.
Lily oniemiała wpatrywała się w piękny pierścionek z diamentowym oczkiem w kształcie serca. Zamrugała kilka razy walcząc ze łzami wzruszenia cisnącymi się pod powiekami. Nie mogła wydusić z siebie słowa. Przeniosła wzrok na Jamesa, który przyglądał jej się z zapartym tchem. W jego oczach ujrzała nutę niepewności.
Miała wrażenie, że czas się zatrzymał.
- Oświadczył Ci się! – Na ziemię sprowadził ją głos ojca. – Odpowiesz mu coś czy czekasz, aż kolana mu ścierpną?
Parsknęła mało romantycznie i otarła wierzchem dłoni zabłąkaną na policzku kroplę łez. James uśmiechnął się nieśmiało. Nie znała go od tej strony.
- Nie żartujesz, prawda? – Pogłaskała go po policzku i zatonęła w spojrzeniu jego orzechowych oczu.
- Jeśli to jest mój żart, to obiecuję Ci, że będziemy w nim trwać do końca naszych wspólnych dni. – Wypowiedział jednym tchem zdenerwowany James. – Jestem śmiertelnie poważny, Lilyanne Evans.
Po tych słowach odłożył pudełeczko i chwycił Lily za rękę.
- Wyjdź za mnie, proszę. – Delikatnie wsunął na jej palec serdeczny pierścionek.
- Dobrze. – Odpowiedziała szeptem, gdy ze wzruszenia po policzkach popłynęły łzy wzruszenia.
***
- Jasmine, naprawdę nie musiałaś. – Mary Potter witała właśnie matkę Raven, która przyniosła na umówioną kolację wigilijną pokaźnych rozmiarów placek z owocami.
- Mary, z pustymi rękami w gości? W Wigilię? – Pani Sunshine przytuliła serdecznie gospodynię uczty. – Za to wszystko, co Twój syn zrobił dla mojej córki, ten placek to jest kropla w morzu. – Wyszeptała ze wzruszeniem.
- Daj spokój, Jasmine. Wiesz doskonale, że ten układ wspaniale działa w obie strony. Gdyby nie Raven…
- Moje drogie panie, nie rozmawiajmy w progu. Wejdźmy do środka i zacznijmy ucztę, bo zapachy dolatują do mnie, doprawdy nieziemskie. – Wysoki szpakowaty mężczyzna odezwał się do zgromadzonych i objął przejętą Jasmine Sunshine.
- Eric, Eric. Zupełnie jak moi chłopcy. Czy wy wszyscy myślicie tylko o jedzeniu? – Mary zapytała z uśmiechem na twarzy.
- Mary, to jest wpisane w naszą naturę. Sama mówisz, że przez żołądek do serca mężczyzny. – Syriusz właśnie schodził po schodach zawiązując muchę pod szyją. Jak zwykle zniewalająco przystojny zrobił wrażenie na Raven, która stał obok rodziców i przyglądała się z uśmiechem całej sytuacji. – Raven, moja droga, piękna przyjaciółko. Wyglądasz niesamowicie. Zapraszam Cię do środka, bo ta rozmowa może jeszcze trwać i trwać.
- Oh, Ty to potrafisz zawsze świetnie wyczuć moment! – Mary klepnęła go w ramię i otarła jedną zbłąkaną łzę wzruszenia. – Zapraszam Was.
Weszli do środka i zasiedli do kolacji. Miłym rozmowom i śmiechom nie było końca. Opowiadali sobie anegdoty, Syriusz i Mary z Hogwartu, a rodzina Sunshine z mugolskich szkół. 
- I po dwóch godzinach tego chłopaka znalazła zamkniętego w sali moja nauczycielka biologii. Derek był tak przestraszony, że nie miał nawet ochoty opowiadać o tym, skąd na jego ciele i włosach wzięła się ta zielona farba! Przez tydzień go z tego odszorowywali. Farba olejna! A on biedny chodził później do szkoły i przezywaliśmy go Green Goblin! – Eric wczuł się właśnie w opowieść o Dereku Pickermanie, który w jego szkole lubił czasem sprawić łomot słabszym, aż w końcu trafił na silniejszego od siebie. – A dziś ten sam Derek jest kardiologiem! Najlepszym w regionie! Często śmiejemy się z Jasmine, że leczy teraz serca, które w młodości wprawiał w palpitacje!
Całe towarzystwo zaśmiewało się do łez. Nawet Syriusz, który mugolskiej wybryki uważał za słabe i niezbyt zabawne. Chociaż wymalowanie kolesia niezmywalną farbą to jest coś. Zwłaszcza gdy koleś ten należy do grupy typowych żartownisi i zna różne metody zwabiania w pułapki.
Tym razem Raven zaczynała opowiadanie o pewnej Annie, gdy z góry doszło do nich dziwne stukanie.
Dźwięk tak nagle jak się pojawił tak szybko ustał. Raven właśnie otwierała usta, by dokończyć opowieść, gdy usłyszeli brzęk tłuczonego wazonu z półpiętra.
- Na Merlina to mój zabytkowy wazon! – Mary zerwała się od stołu i pobiegła na schody. Po chwili dołączyli do niej pozostali.
 Wazon rozleciał się na kawałki, a kwiaty ze środka rozsypały się po schodach.
- Jak to się stało? – Na odpowiedź nie musiała długo czekać. Nad ich głowami dało się słyszeć trzepotanie skrzydeł. Syriusz już wiedział, że to jego prezent, który Mary miała dostać dopiero jutro. – A cóż to za stworzenie?
Raven roześmiała się, gdy papuga bezceremonialnie usiadła na ramieniu jej ojca. Gdy Syriusz wyciągnął rękę by schwytać stworzenie, papuga natychmiast poleciała do salonu. Domownicy i goście ruszyli za nią. Papuga w tym czasie zdążyła już podziobać obraz przedstawiający plażę i zbić drugi wazon – prezent od Jamesa Seniora.
- Kto sprowadził pod mój dach tego ptaka? – Mary zagrzmiała ze złości.
- No tłumacz się, tłumacz. Ja chętnie tego posłucham. – Raven spojrzała na Syriusza z nieukrywanym uśmiechem satysfakcji i założyła ręce na piersiach.
- Sama mówiłaś, że nie masz do kogo buzi otworzyć jak nie ma Seniora, to Ci chciałem taki prezent sprawić! – Uchylił się przed nadlatującym ptakiem.
- Eric, uważaj! Łap go, leci w twoją stronę! – Jasmine zawołała do męża.
Eric odwrócił głowę i w momencie gdy papuga przelatywała nad jego głową wyciągnął ręce w jej kierunku. Zrobił to tak nieuważnie, że stracił równowagę. W tej chwili wszyscy wciągnęli powietrze do płuc, ale było już za późno na ratunek. Eric chybił, nie złapał przelatującego ptaka, całkowicie stracił równowagę i runął całym ciałem na stół z kolacją wigilijną. Wiekowy stół nie wytrzymał – złamana noga poskutkowała zjechaniem wszystkich potraw na głowę Erica.
Przez długą chwilę nikt się nie ruszał, poza papugą, która siedząc na zegarze w rogu pomieszczenia skrzeczała co chwila i machała skrzydłami. Spod białego obrusu dało się słyszeć prychnięcie i cichy chichot.
Mary podeszła do szczątków stołu i odsłoniła zapaskudzony obrus. Eric leżał wśród tych wszystkich potraw z miną ucieszonego szczeniaczka i śmiał się. Do niego dołączył Syriusz potężnym prychnięciem. Następna roześmiała się Raven. Ostatnie dołączyły obie panie.
- Jeśli chodzi o przyjmowanie gości to Mary jest od dziś numerem jeden w Dolinie Godryka! – Usiadł śmiejący się Eric, a talerze za jego plecami zsunęły się z połamanego stołu na ziemię. – Twój mąż nie uwierzy, jak mu powiem, że siedziałem w twoich potrawach, a pudding miałem na czole.
- Nawet James w to nie uwierzy! Tyle go ominęło! – Syriusz aż przysiadł na krześle.
- Kolacja była fantastyczna, Mary! Tyle atrakcji podczas wieczornego wyjścia do znajomych dawno nie miałam! – Jasmine nachyliła się nad mężem i próbowała zmazać ściereczką wspomniany wcześniej pudding.
- Nawet nie zabiję Syriusza za tę papugę, ale kara musi być. Będzie cały wieczór sprzątał. – Mary zaśmiała się, choć było jej trochę niezręcznie, że tak niewiele rzeczy przygotowanych przez nią na kolację zostało skonsumowanych.
Gdy podnieśli Erica i trochę uporządkowali salon za pomocą magii włączyli muzykę na gramofonie. W atmosferze radości i wesołości tańczyli i rozmawiali do późnego wieczora. No może poza Syriuszem, który dostał jeszcze jedno ważne zadanie: schwytać i dotransportować papugę do klatki.

środa, 7 września 2016

Rozdział 62

Za oknami zapadł zmrok, a na ulicy zapaliły się latarnie. W salonie domu państwa Evans, Patrick i James gawędzili wesoło, degustując wyborną brandy. Z kuchni dolatywały do nich wspaniałe zapachy, gdzie Monika z rudowłosą córką wymieniały się najnowszymi ploteczkami, szykując wypieki na wigilijną kolację.
- Jak to, prowadzi sklepik?! – Lily zamarła z łyżką rodzynek w dłoni. Ciemnobrązowe maleństwa rozsypały się po stole nie trafiając do miski pełnej mąki i startej marchewki do puddingu. – To ile on ma lat?
- Jest pięć lat starszy od Petunii. – Monika zgrabnym ruchem zebrała rodzynki i wrzuciła je do zlewu. – Vernon niedawno przejął interes po rodzicach.
- No, no… To się Petunii trafił niezły kąsek. – Zakpiła Lily. – Biznesman!
- Nie bądź złośliwa Lilyanne! – Matka spojrzała na nią kpiąco. – Vernon może i nie wygląda zbyt atrakcyjnie, ale jest bardzo odpowiedzialny i już na pierwszy rzut oka widać, że zależy mu na Twojej siostrze.
- To cudowna wiadomość, mamo! – Odparła kąśliwie. – Życzę im jak najlepiej. Może niedługo moja siostra zostanie Panią bufetową.
- Może powinnaś się raczej zastanawiać, jaką ty Panią zostaniesz? – Monika spojrzała uważnie na córkę.
- Naprawdę nie wiem, o co Ci chodzi, mamo. – Lily spojrzała na matkę udając zdziwienie, jej serce jednak podjęło dziki galop.
Nigdy nie zastanawiała się nad przyszłością. Miała plany to prawda, ale nieco odbiegające od wizji bycia w najbliższej przyszłości Panią domu. Zamierzała wynająć mieszkanie na Pokątnej i rozpocząć kurs dla Aurorów, jednak w tych planach nigdy nie uwzględniała Jamesa. Z zamyślenia wyrwał ją głos matki.
- Doskonale wiesz, co mam na myśli. A dokładniej mówiąc:, kogo.
- Ach, to…
- No właśnie! Niedługo kończycie szkołę. Wasz związek jest… powiedzmy na bardzo zaawansowanym poziomie. James Cię kocha, Lily, to widać na pierwszy rzut oka. Widać również, że i Tobie nie jest obojętny.
- Ja też go kocham, mamo. – Odpowiedziała czerwieniąc się. – Tylko, jak dotąd nie rozmawialiśmy o planach na przyszłość.
- Och, moja droga! Gdy Twój ojciec mi się oświadczył to byłam niemal tak zaskoczona jak przy wizycie Dumbledore’a w naszym domu, ryczałam jak bóbr. I to mimo tego, że nie podjęliśmy wcześniej tego tematu. James to mądry, dojrzały mężczyzna wbrew tego, co opowiadałaś i uważam, że na pewno już coś wymyślił. – Monika uśmiechnęła się tajemniczo. Uśmiech ten lekko zaniepokoił Lily.
- Mamo… Czy ty wiesz o czymś, o czym ja nie wiem?
- Ależ skąd, kochanie! Nie zapomnij o soku z pomarańczy.
W tym momencie dobiegł z salonu głośny śmiech, a zaraz później niewyraźny głos Patricka Evansa.
- Dołączycie do nas wreszcie? Co wy tam, u licha robicie tyle czasu?
Kobiety postanowiły zrobić sobie chwilę przerwy. Gdy weszły do jasnego salonu ich oczom ukazał się dość zaskakujący widok: Patrick i James siedzieli rozparci na kanapie w dłoniach ściskając szklaneczki z bursztynowym trunkiem, a na stoliku stała odpita do połowy butelka ulubionej brandy pana domu na wyjątkowe okazje. Twarze obu panów były zaczerwienione, a oczy lśniły pijackim blaskiem.
- No pięknie! – Lily podeszła bliżej i delikatnie odebrała Jamesowi szklankę. Była zdziwiona, że nawet nie protestował. Kątem oka zauważyła, jak zdegustowana matka rzuca mężowi karcące spojrzenie.
- Naprawdę musiałeś go upijać już w pierwszy wieczór, tato?
- Przecież nie jesteśmy pijani! – Zaprotestował Patrick. – A nawet jakby, to co z tego?! Przecież jest dorosły!
Lily stała jak wryta i z niedowierzaniem wpatrywała się w ojca. Co takiego zaszło między Jamesem a Patrickiem, kiedy ona z matką pracowały w kuchni? Jak to się stało, że Patrick zapałał do Jamesa taką sympatią?! Po chwili westchnęła jednak, decydując, że nie będzie drążyć tematu, bo ręce Jamesa niebezpiecznie zmierzały w górę jej ud.
 Koniec końców nie powinno jej to tak bardzo dziwić. James, kiedy mu na czymś zależało, potrafił być bardzo czarujący.
- Zrobiło się późno. – Z zamyślenia wyrwał ją głos matki. – Dokończę ciasto sama, a Ty Lily pokaż Jamesowi gdzie będzie spał. – Monika puściła oko do córki, a Lily zaczerwieniła się znacząco.
W domu mieli dość miejsca na przyjmowanie gości. Na piętrze stał jeden wolny pokój, a na poddaszu dodatkowa rozkładana kanapa, gdyby odwiedziła ich większa liczba gości.
Właśnie z tego względu Lily nie potrafiła zrozumieć, dlaczego Monika zdecydowała, żeby James spał na składanym łóżku w pokoju Lily, ani jakim cudem zgodził się na to jej ojciec. Nie, żeby Lily nie odpowiadało takie rozwiązanie, po prostu nie mogła się nadziwić, jak swobodnie podchodzą do tego związku jej rodzice.
Zachichotała przypominając sobie jak perfidnie musiała łgać, razem z Jamesem, aby jej ojciec pozwolił jej odwiedzić Dolinę Godryka w ostatnie wakacje. Od tamtego czasu minęło zaledwie pół roku, a tu proszę, jaka niespodzianka! Westchnęła głęboko chwytając Jamesa za łokieć i pomagając mu wstać z kanapy. Na szczęście, pomimo rauszu, wciąż trzymał fason i nie próbował awanturować się.
- Chodź James, pokażę Ci, gdzie będziesz spał. – Uśmiechnęła się myśląc o łóżku turystycznym. Taaa jasne! Na pewno będzie na nim spał!
Była jednak wdzięczna matce, że ta próbowała stworzyć chociażby minimalne pozory. Tak było wszystkim łatwiej: gdyby otwarcie powiedziała, że James może spać razem z Lily w łóżku, to chyba umarłaby z zażenowania, James uciekłby przy pierwszej okazji i więcej nie pokazał się jej rodzicom na oczy, a Patrick dostałby zawału.

James zerknął na swój zegarek i zmrużył oczy próbując odczytać godzinę. W głowie mu szumiało, a cyferki zlewały się ze sobą. Brandy Patricka Evansa była piekielnie mocna! Nie miał pojęcia, która może być godzina. Miło gawędził z ojcem Lily i kompletnie nie zwracał uwagi na mijający czas.
Z chęcią posiedziałby jeszcze trochę i wypił kolejną szklaneczkę… albo i cztery… jednak, skoro Lily i jej matka rozpoczęły interwencję musiało być bardzo głośno lub był bardziej pijany niż mu się wydawało. Bez względu na to, która z opcji była prawdziwa, nie mógł sobie pozwolić na kompromitację w pierwszą noc u Evansów, więc grzecznie wstał z kanapy, pożegnał się z Moniką i Patrickiem, a następnie, asekurowany przez Lily chwiejnym krokiem opuścił salon.
Wejście na piętro po tych „ruchomych” schodach okazało się nielada wyzwaniem. A to, że były zakręcone wcale nie ułatwiało zadania:, co chwilę potykał się na niepewnych stopniach i pewnie gdyby nie Lily, sturlałby się na sam dół i już nie wstał z podłogi. Tymczasem bezpiecznie dotarł do pokoju, rozejrzał się dookoła.
Ściany w kolorze bladego różu, jasne meble, biurko, a nad nim korkowa tablica i dwuosobowe łóżko. Zdecydowanie Lily przyprowadziła go do swojego pokoju! Pomysł bardzo przypadł mu do gustu i wszystko byłoby idealnie, gdyby nieskładane łóżko stojące pod oknem.
- Mam na tym spać? – Zapytał i zdziwił się, że jego głos zabrzmiał tak… Hmmm bełkotliwie?
- Jeżeli Ci nie odpowiada, to na końcu korytarza jest pokój dla gości. – Lily uśmiechnęła się słodko wyciągając z szuflady niebieską piżamę.
- Odpowiada!! – Zapewnił gorliwie i przysiadł szybko, żeby zatrzymać karuzelę, która kręciła się w jego głowie.
- No to super! Rozgość się, idę do łazienki. – Lily zgarnęła z komody kosmetyczkę i wyszła z pokoju.
James ściągnął buty i spodnie i położył się na łóżku, które zaskrzypiało w proteście.
Pomimo kiepskiego wyglądu, okazało się być całkiem wygodne, choć i tak nie zamierzał spędzić na nim nocy. Łóżko Lily było na tyle duże, że spokojnie wyśpią się na nim oboje. Musiał tylko zaczekać, aż odgłosy dochodzące z parteru ucichną…
Pogrążony w tych przyjemnych myślach odpłynął w niebyt.
Lily rozczesała swoje rude włosy, wyszorowała zęby i przejrzała się w lustrze. Na jej policzkach wykwitły rumieńce, na myśl o tym, że tę noc spędzą z Jamesem razem. Musieli tylko zaczekać, aż rodzice pójdą spać… Zgarnęła kosmetyczkę, wrzuciła ciuchy do kosza na brudy i opuściła łazienkę. Bezszelestnie otworzyła drzwi swojego pokoju i weszła do środka.
Nie takiego widoku się spodziewała…, Choć jeśli wziąć pod uwagę ilość wypitego alkoholu, czego innego mogła oczekiwać?!
James spał jak zabity na swoim turystycznym łóżku, zasłaniając twarz ręką przed rażącym światłem lampy i pochrapywał cicho. Uśmiechnęła się podchodząc na palcach i okrywając go kołdrą. Nic straconego – pomyślała, kładąc się na swoim łóżku. – Mamy przecież cały tydzień…
***
           Syriusz przeciągnął się leniwie i rozprostował nogi. Uśmiechnął się złośliwie do Raven, która z zakłopotaną miną od piętnastu minut wpatrywała się w swoje dłonie i wysłuchiwała z pokorą potoku przekleństw, który wypływał z ust Mary Potter.
To była bardzo miła odmiana dla Syriusza: chyba pierwszy raz odkąd zamieszkał w domu Potterów zdarzyło się, że ktoś inny niż on i James zbierał opierdol od Mary. Tak, to był bardzo przyjemny widok.
- Ale, ciociu… - Raven próbowała jakoś się bronić.
- Żadne, ale, Raven! – Mary dyszała jak rozjuszony byk. – JAK MOGŁAŚ ZGODZIĆ SIĘ NA COŚ TAKIEGO?!? Kto dał Ci prawo decydować…
- James!! – Krzyknęła Raven. Miała już dość wysłuchiwania wrzasków ciotki. Zbierała opierdziel, który zdecydowanie nie należał się jej! A Mary z każdą chwilą rozkręcała się coraz bardziej. Nadszedł czas, żeby to przerwać. – Ciociu! James dał mi wszystkie pełnomocnictwa. Prosił mnie, żebym w jego imieniu podpisała umowę. Nie mógł sam tego zrobić, bo był w szkole. Uważam, że niesprawiedliwie zbieram za niego baty. Powtarzam Ci jeszcze raz, że to był jego pomysł! – Westchnęła głęboko i nieco ściszyła głos, widząc jak na twarzy Mary pojawia się grymas niezrozumienia. – Prosił mnie o pomoc, więc mu pomogłam. Ale przysięgam, że byłam tylko pośrednikiem. Sfinalizowałam umowę ustną, którą James zawarł przed wyjazdem do Hogwartu.
- Dlaczego wcześniej mi nic nie powiedziałaś? – Mary nie dawała za wygraną, choć ewidentnie straciła wcześniejszą werwę.
- Ponieważ James mi zabronił.
- Och, na litość Boską! – Mary zatrzęsła się ze złości. – Znasz go od dziecka, Raven! Wiesz, że gdy na coś się napali, to nie myśli racjonalnie! Doskonale wiedział, że jeśli się dowiem, to wybiję mu ten kretyński pomysł z głowy!
- Właśnie, dlatego zabronił mi z Tobą rozmawiać. – Raven westchnęła zrezygnowana. Zaczęła się zastanawiać, kogo pierwszego powinna zamordować. Czy Jamesa za to, że pojechał sobie do Lily zamiast toczyć bój ze swoją matką? Czy może Syriusza, za to, że wgadał Mary, że James kupił ten przeklęty, piękny dom, a teraz nawet nie miał zamiaru jej pomóc.
- Mogłaś sama mu nagdać! Odwieźć go od tego durnego pomysłu! Po cholerę mu dom! Przecież to szaleństwo! – Raven zauważyła, że Mary od nowa się nakręca. – Ma gdzie mieszkać, przecież odziedziczy dom po nas! Na brodę Merlina! – Mary zerwała się z kanapy i zaczęła nerwowo krążyć po salonie, jak rozjuszony tygrys, po cyrkowej arenie. – Niech no on tylko wróci do domu! Obedrę go ze skóry! Jak można tak pochopnie wydać taką górę galeonów… Ojciec dostanie zawału, jak się dowie.
Syriusz, wbrew domysłom Raven, postanowił interweniować. Nie martwił się o serce seniora, w tej kwestii był akurat spokojny: wiedział, że pomysł Jamesa spodoba się staremu, ale Mary trochę za bardzo demonizowała całą sprawę.
- Mary… - Wstał z kanapy, podszedł do kobiety, złapał ją za ramiona. – Uspokój się i mnie posłuchaj. Rozumiem, że jesteś wściekła na Jamesa. Również jestem zdania, że powinien był wcześniej poinformować Cię o swoich planach. – Objął Mary ramieniem i zaprowadził ją z powrotem na kanapę, aby usiadła. – Nie zapominaj jednak, że James jest już dorosły, a pieniądze, które wydał na ten dom, należały do niego. Cicho daj mi dokończyć! – Pogłaskał kobietę po plecach widząc, że otwiera już usta, aby zaprotestować. – Ten dom podobał się Jamesowi od lat, mówił mi o tym za każdym razem, kiedy przechodziliśmy obok niego. Gdy dowiedział się, że jest na sprzedaż, stwierdził, że po prostu musi go kupić!
- Przecież ma gdzie mieszkać, do cholery!!! – Mary nie wytrzymała.
- Oczywiście, ale pamiętaj, że jest dorosły i za chwilę skończy Hogwart. Będzie chciał rozpocząć życie na własny rachunek, założyć rodzinę, zamieszkać z nią we własnym domu…
- Nasz dom jest wystarczająco duży! – Mary niespokojnie broniła swego zdania.
Raven była pod wrażeniem tego jak Syriusz rozmawia z już tylko trochę rzucającą się Mary. Niesamowite było to, jakie miał podejście do kobiet, niezależnie od wieku i problemów.
- Mary, doskonale wiesz, że żadna synowa nie chciałaby mieszkać w jednym domu z teściową. – Syriusz uśmiechnął się, widząc, że upór Mary maleje. – Ten dom jest dwie uliczki dalej. James nie zamierza wyjechać na drugi koniec świata.
- No właśnie ciociu. – Wtrąciła się Raven. – Powinnaś się cieszyć, że James postanowił zostać w Dolinie Godryka.
- Nie odzywaj się, bo Ci uszy pourywam! – Warknęła Mary, choć to bardziej rozśmieszyło młodzież niż przeraziło.
- Nie denerwuj się tak! – Syriusz posłał Raven ostrzegawcze spojrzenie. – Raven ma rację. To, że James wyprowadzi się od Was nie znaczy, że przestaniecie się widywać. Będzie przychodził codziennie na obiady…
- Tyle galeonów!!! – Mary wciąż nie dawała za wygraną.
- Był znacznie tańszy niż ci się wydaje. To była prawdziwa okazja. Właściciele postanowili przeprowadzić się do Szkocji, zależało im, żeby sprzedać dom jak najszybciej. Poza tym nie stracił tych galeonów. Nieruchomości cały czas są w cenie. Dom jest piękny, ma duży ogród, zawsze będzie go łatwo sprzedać.
- Syriusz ma rację! W środku jest jeszcze piękniejszy niż na zewnątrz. – Raven podeszła do Mary i chwyciła ją za rękę. – Ciociu, jutro pójdziemy go obejrzeć. Kiedy zobaczysz ten ogród, zakochasz się w nim!
- Jesteście bandą nieodpowiedzialnych i lekkomyślnych matołów! – Warknęła Mary wstając z kanapy. Syriusz i Raven wiedzieli jednak, że kobieta dała za wygraną. – Ale ty zostajesz z nami! – Wskazała palcem na Syriusza.
- Tak długo, aż mnie sama nie wyrzucisz z domu. – Wyszczerzył zęby, podszedł do Mary i pocałował ją w policzek. – Połóż się Kochana, już późno.
- Nie siedźcie za długo! – Pogroziła im palcem i ruszyła w kierunku schodów. – Raven, powiedz rodzicom, że kolację wigilijną zaczynamy jutro o 19.00.
- Oczywiście ciociu. Dobranoc.
Kiedy usłyszeli, że drzwi sypialni zamknęły się za Mary, odetchnęli z ulgą.
- Świetna mowa, Black. – Raven wyszczerzyła zęby w uśmiechu i przybiła Syriuszowi piątkę.
- Nikt, tak jak ja, nie potrafi uspokoić Mary Potter.
- I oczywiście jej wkurwić. – Zachichotała Raven.
- O nie, Słońce. W tej kwestii prym wciąż wiedzie James. – Syriusz wstał z kanapy i zerknął na wielki zegar stojący w rogu salonu. – Noc jeszcze młoda. Idziemy się napić?
- Do Katie? – Raven figlarnie mrugnęła okiem do Łapy.
- Nie, u Katie już byłem. Ale nie widziałem się jeszcze z Bradem.
- Zatem ruszajmy! – Raven z entuzjazmem poderwała się z kanapy i wyszła za Syriuszem z domu Potterów.
***
        Obudził ją delikatny jak piórko pocałunek, który poczuła na swoim karku. Uśmiechnęła się i zamruczała jak kotka, czując jak silna, męska dłoń sunie wzdłuż jej uda, coraz niżej.
Pierwsze promienie zimowego słońca wpadały do pokoju przez zasłonięte zasłony. Dzień, – choć mroźny – zapowiadał się słonecznie.
- Dzień dobry, śpiochu. – Usłyszała szept, tuż przy swoim uchu. Otworzyła oczy i przekręciła się na bok, zarzucając Jamesowi rękę na szyję.
- Dzień dobry. – Przywitała się posyłając mu promienny uśmiech i dając buziaka prosto w rozchylone usta. – Jak się dziś czujesz?
- Teraz fantastycznie. – Przyciągnął ją bliżej tak, że poczuła na brzuchu jego twardniejącą męskość. – W nocy czułem się nieco osamotniony.
Lily przewróciła oczami.
- Proszę Cię. W nocy spałeś jak zabity. – Zachichotała, ocierając się zalotnie. – Mój ojciec Cię upił!
- Troszeczkę. – Zaśmiał się, obsypując pocałunkami jej szyję. – Bardzo przepraszam, że tak się wczoraj niegrzecznie zachowałem. Obiecuję, że za chwilę wszystko Ci wynagrodzę.
Nie przerywając pocałunku, jedną ręką zwinnie rozpiął guziki koszulki Lily i zabrał się za pozbywanie spodni jej piżamy.
Niecierpliwie skopała spodnie z łóżka, szybko się przekręciła i już po chwili siedziała na nim okrakiem.
- Musimy zachowywać się cicho. –Wyszeptała pozbawiając Jamesa koszulki.
- Na szczęście twoje łóżko nie skrzypi tak, jak to składane paskudztwo! – Usiadł, objął Lily w pasie i otoczył ustami jej sutek.
Jęknęła cicho, zarzucając mu dłonie na plecy i odchylając głowę do tyłu. Uwielbiała być tak budzona!
 Nie przerywając pieszczot, ułożył Lily na łóżku, a następnie przykrył ją swoim ciałem. Tak dawno się nie kochali… tak bardzo jej pożądał, nie miał dziś w sobie dość cierpliwości, żeby bawić się teraz w długie gry wstępne.  Lily chyba czuła to samo, ponieważ rozchyliła uda i uśmiechnęła się zachęcająco.
Jednym, szybkim ruchem zatopił się w niej dusząc jęk rozkoszy, namiętnym pocałunkiem. Serce zaczęło mu bić jak szalone, gdy oplotła jego biodra swoimi nogami, a dłonie zaciskając na jego nagich plecach.
- Och, skarbie… - szepnął zwiększając tempo. – Nie wytrzymam długo…
Lily wygięła się w łuk czując, że szybko wspina się na wyżyny przyjemności. Każde pchnięcie Jamesa, sprawiało, że na chwilę brakowało jej tchu. Nieubłagalnie zbliżał się jej koniec. Czuła jak jej ciało drży w oczekiwaniu na spełnienie. James zmienił delikatnie pozycję i po kilku sekundach Lily poczuła, że rozpada się na miliony kawałków. Zamknęła oczy, a jej mięśnie znieruchomiały. Drżące palce wbiły się w plecy, a paznokcie na długo pozostawią tam ślady po jej orgazmie.
James, tak jak zapowiadał, dołączył do Lily w momencie, gdy na swoich wrażliwych na pieszczoty plecach poczuł wbijane paznokcie. Spełnienie po tak długiej przerwie od seksu z ukochaną sprawiło, że odruchowo wydał z siebie krótki jęk. Oboje zatraceni w ekstazie nie zwrócili uwagi na to czy ktoś ich usłyszał.
Oboje potrzebowali tego zbliżenia:, gdy nikt im nie przeszkadzał, nie musieli spieszyć się na lekcje, czy uważać na Filcha. Delektowali się sobą i nie przerywali pieszczot. Pocałunkom nie było końca, a ich ręce błądziły po ciałach jakby chcieli zapamiętać każdy fragment siebie nawzajem.
Nie mówili nic, ich ciała robiły to za zamiast ust. Całowali się i dotykali. Bliskość, jaką dawali sobie nawzajem wypełniała całe pomieszczenie, gorące ciała ponownie budziły się do życia, chętne do zaspokojenia nowych rządz. Temperatura ponownie zaczęła wzrastać pocałunki na powrót stały się głębsze, a Lily wyraźnie czuła jak w męskość Jamesa ponownie wracają siły. Oboje byli gotowi by znów zatracić się w gonitwie do spełnienia, ale przerwało im lekkie zamieszanie na parterze.
Znieruchomieli oboje, walcząc o każdy oddech i nasłuchując kroków, które nieubłagalnie zbliżały się do drzwi. Lily szybko naciągnęła spodnie od piżamy i rzuciła Jamesowi T-shirt, aby również się ubrał. Wiedziała, że jej mama nigdy nie weszłaby do pokoju bez zaproszenia, jednak Lily nie miała pewności czy przed drzwiami nie czai się ojciec.
Podskoczyła jak oparzona, gdy ktoś cicho zapukał do drzwi. James zasłonił usta poduszką, by nie wybuchnąć głośnym śmiechem. Lily rzuciła mu złośliwe spojrzenie i dała znać, by szybko przeniósł się na turystyczne łóżko, ale tylko postukał się w czoło, wciąż dławiąc śmiech. Pukanie rozległo się ponownie i po chwili usłyszeli głos Moniki Evans.
- Dzieciaki! Pora wstawać! Śniadanie na stole!!!
- Już wstajemy, mamo! – Odpowiedziała Lily, pędem rzucając się do szafy. Wyciągając z niej świeże ciuchy usłyszała jak Monika odchodzi w kierunku schodów.
James wstał wreszcie z łóżka i chichocząc jak wariat podszedł do Lily i objął ją w pasie.
- Nie panikuj tak, mała. – Uśmiechnął się całując ją w czoło. – Jesteśmy dorośli, a Twoja mama to bardzo mądra kobieta.
- Przestań gadać, tylko się ubieraj. Za 15 minut musimy być na śniadaniu. Inaczej przyjdzie po nas ojciec.
- A co będziemy robić po śniadaniu? – Zamruczał namiętnie wsuwając dłonie pod koszulkę Lily.
- Jak to, co? Ty pójdziesz z tatą po choinkę na targ, a ja pomogę mamie w kuchni.

Strzeliła go po rękach, chwyciła za kosmetyczkę i szybko uciekła do łazienki.